A i zapomniałam bym. Dla osób które chciały aby główne opowiadanie było w trzecioosobowej narracji.. Rozczaruję was, ale nie umiem. No nie umiem już pisać jak kiedyś. Dziwię się, że takie coś napisałam. Naprawdę. Ale bez przeciągania zapraszam do czytania. A paczcie jak się zrymowało xD :*
Wychodzą.
Poszli... Idę do łazienki. Biorę piankę do golenia i nakładam ją na skórę. Golę
się i spłukuję pozostałości pianki. Jak on mogła? Idę do kuchni odsuwam krzesło
i siadam. Mam ochotę na jabłko. Kwaśne jabłko... na całym ciele. Jak ona
mogła? Zbyt dużo.... Za bardzo się naraża.... I nie tylko ona. Naraża nas
wszystkich. To wczoraj było czystą głupotą. Jak ona mogła? Nie dość, że siebie
wystawia to i jeszcze Floriana. Nie myśli... ona nie myśli... mogło jej się coś
stać. Wie, że nadal nam nie odpuszczają.. Nadal nas szukają. Tropią nas. Czuję
ich już z tond. Czy ona o tym wie? Czego nie rozumie... czemu nie rozumie...
Uważa, że nie ma co się złościć... Jak ona mogła? Wie... wie co robi? Prawda? A
próby uświadomienia jej tego co dla niej dobre zawsze kończą się fiaskiem. Moje
przemyślenia przerywa mi pukanie do drzwi. Ha i niby już wrócili... nie sądzę.
-I kogo tam
niesie?- mówię do siebie pod nosem. Zostawiła mnie i do tego zabrała Jeremiego.
Szczyt wszystkiego no po prostu szczyt! Otwieram drzwi i ku mojemu zaskoczeniu
stoi tam ktoś kogo znam... dobrze znam.
-Patryk-
mówi powitalnie. Nie wierzę. To jednak on.
-Wyczułeś
to?- pytam. Też to czułem... złe, złe przeczucia.
-Wejdź
proszę- zapraszam go do środka. Kacper...jak? Przecież...nie... Wędrujemy w stronę kuchni bez jakiegokolwiek słowa.
-Tak...-
odpowiada na wcześniej zadane pytanie.
-I dlatego
przyleciałeś?
-Tak
Patryku. Miała jakieś złe oznaki? Coś co wydawało się dziwne?- (* wiedzmy, że to
jest jeszcze przed całym zdarzeniem na imprezie, więc tu zebrani nie mają
pojęcia o tym co jeszcze się stanie*) dziwne pytanie..
- Chyba nie
miała. Znaczy ja nic nie zaobserwowałem- a to wczoraj to chyba oznaką nie
było... tak podejrzewam.
-A co się
takiego wczoraj stało?- ach no tak zapomniałem, że mam do czynienia z dzieckiem
mocy. Tak... zawsze muszę o tym zapomnieć.
-A Patrycja
wyszła o dziewiętnastej i wróciła o wpół do drugiej. Czy ona ma wogólę pojęcia
co mogła narobić?
-Patryk
posłuchaj. Wiem dobrze, że nadal jesteście na czarnej liście Nieśmiertelnego,
ale to nie powód żebyś się z nią awanturował- przechylam głowę. Ejjj jak ty to?
Ja nikomu nie mówiłem.
- Plotki
szybko się roznoszą...- mówi. I podejrzenia padają od razu na Patrycje.
Marszczę brwi. Nie no jak przyjdzie to chyba zabiję. Trzymajcie mnie po
prostu... no nie wytrzymam z tą kobietą.
-Jak się czujesz?- pytam. Może to odwróci jego uwagę i bez
pytań się obejdzie.
-Nie przyleciałem tu abyś pytał o moje zdrowie- mówi
oschle. Nie dosyć, że mam do czynienia z kobietą wkurzycielem to i on mnie
zaczyna wkurzać. Jak śmie się tak do mnie odzywać?! Nie ma prawa mówić do mnie
takim tonem... nie, nie to znaczy...ja nie chciałem. Och jeszcze się nie nauczyłem.
Muszę jeszcze popracować nad sobą. Wiem... umiem wybuchnąć, ale no żeby aż z
takim wielkim wyjazdem to... dobra nie ważne.
-Czego chcesz jeszcze wiedzieć?- pytam widocznie
podirytowany.
-Czy ona miała styczność z ... Ma stosunki z jakimś
chłopakiem.. wiesz Pan i kumd...- przerywa zdanie. O nie też moja podświadomość
zaczęła krzyczeć. Coś się święci. Wiedziałem... wiedziałem! Złe przeczucia
nigdy mnie nie zawodzą.
-Jedziemy!- krzyczę zrywając się z krzesła. Nie czekam na
niego. Biegnę do przedpokoju ubieram buty i rzucam mu płaszcz. Sam też go
ubieram. Kacper wychodzi, a ja za nim i zamyka dom przy tym otwierając garaż.
Wsiadamy do samochodu i wyjeżdżamy pospiesznie.
Stadion jest pełny ludzi. Nie ma jak przejść wręcz.
Wyczuwam ją za kulisami. Biegnę tam lecz jeden z ochroniarzy mnie zatrzymuje.
- Patryk Mej z towarzyszem- warczę patrząc mu prosto w
oczy. Świdruję go wzrokiem wypalając dziurę. Odsuwa się od wejścia
przepuszczając nas obu. Widać, że speszony. Przed drzwiami stoi Jeremi. Odsuwam
go płynnym ruchem przez co uderza w ścianę, a ja robię sobie przejście.
Podbiegam do niej i zastygam.
- Maja wyprowadź Floriana-mówię jej lecz oboje ani drgną-
Wyprowadź go natychmiast!- krzyczę, a ona momentalnie go łapie.
- A i jeszcze przesłuchaj go. Potem zdasz mi relacje. Weź
też powiedz Remigiuszowi aby jak najszybciej wyprowadził wszystkich i przełożył
imprezę na jutro. Już!- znów mój ton nie jest za miły.
-Puls wyczuwalny. Możliwe, że zemdlała. Spróbujmy się
podłączyć do jej umysłu. Może znajdziemy coś co nas naprowadzi- mówi Kacper.
Jeremi staje w progu. Pewnie jest na mnie zły, że go tak wypchnąłem, ale to
później będę myślał. Teraz go potrzebuje. Macham ręką nawet się nie odwracając
w jego stronę. Podchodzi mozolnie. Wiem, że jest przestraszony całą tą sytuacją.
-Posłuchaj mnie uważnie... masz okrakiem usiąść na Patrycji
ręce położyć na skroniach. Rozumiesz?- pytam zimnym tonem. Niech wie, że jest
to poważna sprawa. A on stoi wryty próbując wydukać jakieś słowo.
-Rozumiesz?!- krzyczę wręcz na niego. Posłusznie i szybko
spełnia moje polecenie. No nareszcie. Kładę rękę na jego ramieniu, a Kacper ze
mną. Zamykam oczy i przedzieram się przez czarną kulę czerni....pustkę. Lecz
coś mnie nie chce wpuścić. Co jest do cholery? Jeszcze raz próbuję się dostać
lecz coś mnie odpycha. Otwieram oczy. Jeremi zostaje zrzucony. Patrycja zaczyna
poruszać klatką i biodrami. Wygląda jakby chciała uciec, ale była przypięta
kajdankami... jak na stole...o kurwa.
-Masz te swoje oznaki...-mówię przerażony. W pewnym
momencie wygląda jakby dostała czymś mocno w brzuch... i to nie jednokrotnie.
Po chwili miotanie ustaje. SZATAN?!
Otwiera oczy, a źrenice powiększają się i od razu zmniejszają pod wpływem
lampy przy której jesteśmy.
-Em co jest grane?- pyta jakby nigdy nic. Ona jest nie do
wytrzymania. Podnoszę ją i przytulam mocno. Jezu jak ja się cieszę.
-Grane jest to, że żyjesz-mówię z pełnym uśmiechem. Na jej
twarzy pojawia się grymas. Łapie się za brzuch i wiem czym to jest spowodowane.
Opuszcza się powoli na podłogę. Podnoszę jej koszulkę. Oczy otwieram z
niedowierzania. Brzuch ma w świeżych siniakach i z krwawiącymi ranami. Wiem co
to było... to na bank pejcz. Mruży oczy kiedy patrzy na Kacpra. Pewnie w to nie
wierzy. Patrzę na niego i bez słów się dogadujemy. Trzeba ją zawieść do szpitala. Tam mają ją
przebadać. Najlepiej będzie jak pojedzie do mojego. Wiem, że jest tam dobra
opieka. Kacper wstaje i podnosi ją bez dotyku używając swych zdolności...
Alicja... stare czasy.
Wychodzi mając ją na rękach. Maja wchodzi z opuszczoną
głową. Wyprostowuje się kiedy widzi moją minę. Zimna i poważna...i tak ma
właśnie być.
-No?- mówię aby coś powiedziała. Kobiety... nigdy ich nie
zrozumiem.
-Kiedy wróciła z występu zaczęłyśmy rozmawiać i...i w
pewnym momencie popłakała się. Poszłam po jakiś papier do nosa, bo była cała
mokra. Wiem tylko, że potem kiedy się odwróciła Florian ją tulił- kończy. Niech
ja się tylko dowiem, że to ten skurwysyn jej to zrobił to... że to jego wina, to co się działo chwilę
temu...powieszę za jaja zgwałcę i zabiję. Przysięgam.
-I tylko tyle?!- krzyczę wnerwiony. Nie no zaraz
przefarbuję ją na fioletowo.
-Nie to było jak ja widziałam bo... bo Florian potem ją
tulił i ona płakała, i... i potem powiedziała cicho „Nie panie” czy jakoś tak i
upadła na kolana, a potem spadła na
ziemie z hukiem. I... i on ją tak położył ,ale nie wiedział co ma zrobić. Kiedy
wróciłam z ręcznikami to ona już leżała tak jak leżała przed chwilą...
-I czemu mnie nikt nie powiadomił?!
-Bo...bo my myśleliśmy, że...no ten... no wiesz... jesteś
zajęty czy coś- duka. Nie... to się nie mogło stać. Wychodzę bez żadnego
„dzięki” albo „do widzenia”. Nie mam nawet na takie słowa ochoty.
Na szczęście Patrycja zostaje wypuszczona jeszcze dziś. I
dobrze. Słyszę otwierane drzwi. Zrywam się przewracając krzesło i wybiegam z
kuchni. Rozbiera się jakby nigdy nic. Jakby tego nie słyszała. Jakby mnie
ignorowała. Staję w ramie otwartych drzwi kuchennych. Na co ona się niby
obraziła? Bo właśnie na taką wygląda. Może jeszcze mnie nie zauważy co... A
jednak... przechodzi obok mnie i siada na krzesło odwrócone w moja stronę.
-No zaczynaj... no dawaj. Naprawdę nie mam ochoty słuchać
twoich prelekcji o zachowaniu. Czuje się wtedy jak na smyczy. I co się tak
gapisz?!- no dobra mój wzrok jest trochę nachalny... ale mnie wkurza. Tak
kobieta to kreatura. Monstrum!
-A wiesz czemu tak robię? Bo zachowujesz się jak dziecko.
Jesteś nieodpowiedzialna... I widzisz co ze sobą zrobiłaś? Widzisz! I to
wszystko przez to twoje narażanie się. Jak dziecko!
-Nie jesteś lepszy. Cały czas mnie pilnujesz i ograniczasz
na każdym kroku! Nie mogę nic zrobić bez twojej wiedzy! Nic! Zawsze jak potem
wracam to musi być przesłuchanie dwu godzinne, bo inaczej wielce pan ma focha!
Zawsze tańczę jak mi zagrasz, ale też mam swoje zakichane życie... i ci nic do
niego!
-Jak śmiesz tak mówić?!- nie to teraz wypaliła. Trzymajcie
mnie bogowie, bo jak podejdę to zaboli. To coś nie ma żadnych zdolności
opanowania. Żadnych! - To nie już twoje życie... to nasze życie. Oboje mamy na
ogonie tego skurwiela, a ty się jeszcze tak wystawiasz na wojnę. Chcesz tego?!
Chcesz naprawdę znów tam trafić?! Gdybyśmy stamtąd nie uciekli nadal dręczyli
by nas. A ty musisz sobie pójść i posiedzieć u przyjaciela, bo po co powiedzieć
coś, że się żyje.. po co przecież to i tak nie ważne... Nie trzeba każdemu
zrobić na złość... No przecież trzeba, bo jakby inaczej. Jesteś nie do zniesienia...- no i to jest
dopiero kłótnia. Przez te krzyki nic nie usłyszałem, że Jeremi jest już w domu.
No i proszę. Do czego ta kobieta mnie doprowadza?... Ale no możliwe, że przesadzam. Może jednak jej odpuszczę.
- Wiesz no... Oboje zachowujemy się głupio. Może jakiś
układ? Co powiesz na to: jeden telefon pod koniec spotkania czy czegoś w zamian
za bezwzględną swobodę. Co ty na to?
-Dobra. Ale to ja dzwonię.
-Zgoda- podajemy sobie dłonie. „Ja pieprzę i tak nie
zadzwonię. No chyba sobie żartuje. Ha
ja i dzwonienie. Ja to nawet telefonów nie odbieram... chyba, że już mam w
dłoni telefon to i może odbiorę. Ale nie będę do niego dzwoniła. Ani mi się
śni.” Wstaje z krzesła, a ja jej podstawiam nóżkę. Wywala się w spektakularnym
stylu. Po prostu śmiech na sali. Nawet Jeremi stojący obok kuchenki się śmieje.
Patrzy na mnie z wyrzutem. Haha nie mogę powstrzymać uśmiechu, ale zaraz
poważnieję.
-Jeszcze jedna taka myśl i cię rzucę na podłogę. No ci
mówię...- i ona się uśmiecha. Naprawdę jest dziwna... kto ją tak wychował?
Śmieszek jeden zawsze musi wyjść z takim uśmiechem. Ciekawe.
-I co? Ja zrobię to lepiej. Chyba
lepiej rzucam.
-Ta pomarzyć sobie możesz. Dobra idź już sobie, bo mnie
wkurzasz- mówię z uśmiechem na twarzy. No dłużej już nie mogłem. Ona jest tak
empatyczną kobietą, że nie dało się. Potwór uśmiechu. Posłusznie wstaje z
podłogi i odchodzi. Klepię w kolana widząc mordkę mojego kociaka. Chyba rzygnę
tęczą na jego widok. Te krótkie kasztanowe włosięta przyprawiają mnie o zawał.
Bogu dzięki za tego o tu. Rozsiada się na moich udach stroną do mnie, a ja się
jeszcze bardziej uśmiecham. Mój kotek.
-Czy zawsze musisz się tak na mnie gapić?- mówi z sztucznym
wyrzutem.
-A
co nie wolno?- unoszę jedną brew. Chwytam go za pośladki a ten podskakuje. Mój uśmiech jeszcze bardziej rozszerza
się pokazując ząbki. Przybliżam go tak iż czuję go na sobie...sobie sobie tym
wyjściowym sobie... A może wejściowym. Zależy kiedy i gdzie. Dodać można i z kim... Przeszłościowo.
Wlepiam się w jego wilgotne usta. Spodziewał się, że to zrobię. Szybko się
uczy. Otwiera usta, a ja wbijam się. Nasze języki zaczynają szybką sambę. Ręką
podnoszę jego koszulkę. Pomaga mi ją ściągnąć. Te perfekcyjnie urzeźbione ciało
przyprawia mnie o konwulsje. Dosłownie.
Drgam, drżę i twardnieję na sam jego widok. Jest tak piękny, że można by dawać go brzydkim. Oczywiście do upiększenia. Ale i tak tego
nie zrobię. Nie-e on jest mój i tylko mój.. Moje ręce zatracone w myślach
błądzą po torsie szukając czegoś. Nie
odrywam się od jego ust nawet na zaczerpnięcie oddechu. Nie wiem co robię.
Nawyk. Tracę kontrolę nad myślami i wszystkim. Nic. Pustka. Jednak odrywam się od jego ust i zabieram go do sypialni i kładę na łóżko. Sam siadam na niego.
-Kotek- mruczę. Obejmuję go w pasie i przyciągam do siebie tak, że moja głowa jest przy jego szyji.
-Nie zrobisz tego prawda?
-A co jak zrobię?
-Nie wiem- mówi trochę przerażony. Leżę jego szyję zaczynając swoją wędrówkę. Zjeżdżam niżej do jego sutków. Jedną ręką zataczam koła drażniąc jego skórę powodując drgania. Czuję jak się trzęsie. Drógiego biorę w usta i zaczynam ssać. Jeremi jęczy lecz tłumi to. Zaciskam twardego sutka, a o jeszcze głośniej jęczy. Po nie długich torturach schodzę jeszcze niżej. Oboje oddychamy ciężko. Rozpinam pasek i już mam zabrać się do rozporka lecz coś każe mi przerwać. Wiem tylko jedno...
-Kotek- mruczę. Obejmuję go w pasie i przyciągam do siebie tak, że moja głowa jest przy jego szyji.
-Nie zrobisz tego prawda?
-A co jak zrobię?
-Nie wiem- mówi trochę przerażony. Leżę jego szyję zaczynając swoją wędrówkę. Zjeżdżam niżej do jego sutków. Jedną ręką zataczam koła drażniąc jego skórę powodując drgania. Czuję jak się trzęsie. Drógiego biorę w usta i zaczynam ssać. Jeremi jęczy lecz tłumi to. Zaciskam twardego sutka, a o jeszcze głośniej jęczy. Po nie długich torturach schodzę jeszcze niżej. Oboje oddychamy ciężko. Rozpinam pasek i już mam zabrać się do rozporka lecz coś każe mi przerwać. Wiem tylko jedno...
Kocham
go.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz