poniedziałek, 9 marca 2015

Rozdział 8.5

W skrócie. Dzięki za już  500 wyświetleń strony.  Oby tak dalej jesteście genialni.

                     

 - Mistrzu...- czarna szata powoli sunie przez wielką salę w starym stylu. Czerwone usta wyginają się w krwawy uśmiech ukazując ostre kły i lśniące bielą zęby.
- Miło mi cię znów gościć. Długo się nie widzieliśmy...- mówi Nieśmiertelny siedzący na złotym tronie. Jego twarz nie pokazuje żadnych emocji. Jedyne, co można dostrzec to mały blask w oku. Szata opada na kafelki i na plecach Znajomego Nieznajomego uwalniają się czarne wielkie i pierzaste skrzydła, które na sam widok przyciągają strach do serca.

                     

Budzę się gwałtownie. Oddech mam przyspieszony... rozglądam się po pokoju, po czym stwierdzam, że JESZCZE jestem u Florka. Głowa mnie boli... Co się wczoraj działo? Niech zgadnę... Impreza w domu u Florianka. Naprawdę musiała być niezła. Zawsze, ale to zawsze domówki u Florka są ostre i leją się na nich hektolitry wódki. Tak w ogóle to nie wiem, czemu ale uwielbiam leżeć po lewej stronie łóżka, więc po krótkim czasie odwracam głowę w prawo. Ooooo... Floruś tak słodko śpi. Wygląda jak mały kotek śniący o miseczce mleczka. Powoli wychodzę z łóżka tak, aby go nie obudzić. Przeciągam się i postanawiam zrobić sobie herbatę. W kuchni nalewam wodę do czajnika. Później stawiam go na okrągłą plastikową grzałkę i pstryczek przeciągam w dół. Od razu słyszę jak czajnik zaczyna swą pracę i powoli grzeje wodę. Siadam obok niego na zimny biały blat. Chwila mija, a mi do głowy przychodzą myśli. Tak ja czasem myślę. On... On mi się śnił...nie... nie możliwe. Zabiłam go własnoręcznie. Rękoma, które teraz nalewają wrzątek do kubka, bo woda się już zagrzała wykręciłam mu łeb. Vall... demon, który uczęszczał do mojej szkoły. Prawa ręka Nieśmiertelnego oraz jego najlepszy piesek. Czasem na wymianach zamiast Christiana dostawałam właśnie go, więc mogłam poznacz go... bliżej. Albo na lekcjach „upuszczania krwi” jak ja to mówiłam. Ten demon jakoś musiał się pożywić, a zwykłe jedzenie mu nie wystarczało. Dlatego co jakiś czas uczniowie, którzy się nie nadawali albo nie uczyli wystawiani byli na apele. Organizowano miejsce, brali ucznia, wszyscy się urywali z lekcji, jeśli mieli i razem z opiekunami przychodzili w wybrane miejsce. Oczywiście nikt chyba nie robił tego z własnej woli. Jak zwykle byliśmy do tego zmuszania, a nawet, jeśli nie „my” to ja. Demon najpierw wykańczał go ostrym seksem, a potem zjadał nie zwracając na nic uwagi. Jakby nas nie było. Ale to nie jest możliwe, aby Vall znów tu był... w naszym świecie. To nie możliwe! Powinien być teraz w piekle wraz ze swoją gromadką pedofilii, ćpunów i pijaków. A może to był zwykły koszmar, a nie przepowiednia. Często śni mi się to, co się wydarzy albo to, co się dzieje wtedy jak śpię. Oby to był tylko koszmar... chodź i tak mam złe przeczucia.
Sączę powoli herbatę. Florke zawsze ma moją ulubioną, a właściwie to nawet ukochaną. Herbata o smaku miodu i wanilii. Kiedy otwiera się paczuszkę zapach można poczuć od razu. Jest bardzo aromatyczna i słodka. A ja słodkim nie pogardzę. Zamykam oczy rozkoszując się każdym małym łyczkiem. Pyszna. Gdy otwieram oczy Florian siedzi na krześle i wpatruje się we mnie.
- Cześć- mówię. Lubię się witać z ludźmi. Sprawia mi to jakąś dziwną przyjemność.
- Hej- odpowiada rozpromieniony. To nic, że jestem tylko w jego koszuli, którą wczoraj pewnie ubrałam przed spaniem. I tak zbyt dużo nie mam odsłonięte no może oprócz całych nóg i dużego dekoltu... to nie jest tak źle. I tak mamy przecież lato, które jest jednym z cieplejszych w historii, więc mogę to wytłumaczyć gdyby Patryk wpadł z GPS’em do domu i zaczął się wydzierać mówiąc, że „daje dupy na prawo i lewo” chodź i tak wiadomo, że to nieprawda. On jak jest zdenerwowany to umie wszystko powiedzieć nawet największe kłamstwo. Zsiadam z blatu i staję za Florianem. Paluszkami jednej ręki bawię się jego włoski, a drugiej podpieram się o wierzchołek nowoczesnego krzesła. Podnosi głowę i patrzy na mnie zawstydzony. Lustruję go wzrokiem i już wiem, czemu się tak wstydzi. Poranna przypadłość wielu mężczyzn.
- Podać ci pomocną dłoń?- pytam rozśmieszona. Ja zawsze muszę się ze wszystkiego śmiać. No, ale to jest naprawdę śmieszne. Nawet on się uśmiecha zażenowany sytuacją, w jaką wpadł. Hmmm, a może to wykorzystam? Obchodzę krzesło i siadam okrakiem na jego kolanach patrząc się zażarcie w szafirowe oczy. Koszula odsłania mi większość podbrzusza.
- Patrycja wiesz, że niedługo wyjeżdżam?- pyta, kiedy powoli zaczynam zaspokajać go ręką. Oddech ma urywany i z czasem słyszę jęk z jego gardła.
- Wiem- mówię z uśmiechem. Wiem gdzie jedziesz i jestem za to z ciebie dumna.
- Zgrami już za dwa dni, a zanim dojadę do Gdańska...wiesz, że chcę jeszcze pobyć trochę ze znajomymi... i jeszcze muszę zarejestrować się w hotelu... Więc wyjeżdżam już jutro- mówi i odchyla głowę do tyłu. „Zgrami” to najbardziej prestiżowe rozdanie nagród dla Gamerów i Vlogerów. Coś w stylu Oskara. Jest mnóstwo kategorii. Ja mam już 15 statuetek, więc w tym roku sobie odpuściłam i nie biorę udziału. Dajmy szanse innym. A Florke przypuszczam, że zdobędzie aż dwie statuetki.
- I to cię tak trapiło?
- Jak się domyśliłaś?- pyta zdziwiony.
-Właśnie teraz twoje ciało się rozluźniło Florianie. Odprężyłeś się całkowicie- mówię. Takie rzeczy wie się z doświadczenia. Patryk, kiedy bywał na mnie wkurzony zawsze się spinał. Pomagał mu masaż albo normalna szczera rozmowa. Także znam objawy i wiem, kiedy ktoś się spina. No nic tak już bywa. Mam jeden bardzo, ale to bardzo podły pomysł... czemu by tego nie wykorzystać?

Powoli opuszczam się na podłogę rozszerzając jednocześnie kolana Floriana.
- Patry...
- Ciiiii nie czas na twoje przemowy- mówię zmysłowo, lecz z nutką w głosie typu „weź się zamknij Florke”. Jest o tyle dziwnym facetem, że go trzeba uciszać. Nie to, co inni. Nie rozumiem, czemu właściwie tak się dzieje. Może powinnam to zostawić i zająć się tym, czym muszę się zająć... poprawka, czym chcę się zająć... z wielką chęcią. Rzucam spojrzenie na tego mężczyznę. Szafirowe oczy pociemniały, ale nie wiem czy ze strachu i obawy, czy z tego samego powodu co moje. Uśmiecham się łobuziarsko. Przysuwam się bliżej męskości  Florka jeszcze bardziej zmniejszając dzielącą nas odległość. Przejeżdżam po całej długości prącia językiem, po czym jednym sprawnym ruchem biorę go do ust. Jest naprawdę pyszny. No i jest na tą chwilę mój. Ssę mocno poruszając ustami powoli... tak powoli i zmysłowo. Poczucie, że mam nad nim władzę, że w każdej chwili mogę go doprowadzić do orgazmu albo właściwie tego nie robić jest tak cholernie erotyczne, że sama robię się wilgotna. W pewnym momencie uświadamiam sobie, że nie kontrolowanie zwiększyłam tempo przez co Florian zwija się pod coraz to dłuższą słodką torturom. Nie chcę go torturować.
-Florianie dojdź proszę...
Ponownie biorę go do ust i zaczynam ssać.Wystarczą trzy słowa które wypowiedziałam wcześniej, a Florke dochodzi mi w buzi tak ciepło krzycząc głośno z rozkoszy. To jego słone doznanie odbija się echem w dolnych partiach mojego ciała. Mam taką wielką ochotę na niego. Przełykam spermę i wstaję. Wpatruję się w niego z góry patrząc jak walczy o oddech. Uśmiecham się. Jest widocznie wykończony. Plecy oraz głowa są poza oparciem krzesła. Nogi ma nadal rozszerzone. Wygląda jakby przebiegł maraton. Leciutko jak piórko siadam znowu na jego kolanie. Łapię go za włosy i przyciągam go do swoich ust. Całujemy się łapczywie jakby miał być to nasz ostatni raz. Jesteśmy mieszanką uczuć, plątaniną języków i doznań. Odrywam się od niego i brak mi powietrza. Oddychamy ciężko, nierówno wpatrując się bezsensownie w siebie ja z uśmieszkiem pedofila, a Florke z nieodgadnionym wyrazem twarzy. W pewnym momencie coś mnie budzi i karze spojrzeć w drzwi od kuchni... O kurwa!
-Dezy!?- piszczę przeraźliwie zeskakując jak opatrzona z Floriana. On zrywa się z krzesła i odpycha mnie na blado niebieską lodówkę. Uderzam z impetem o ów przyrząd chłodzący tak, że półki na około głośno się odzywają wydobywają różnorakie dźwięk. Zerkam na siebie... O nie. Wyglądam strasznie. Zapinam szybko koszulę i spoglądam na braci. Patrzą na siebie lodowato. Nic nie mówią, a jednak jakoś się porozumiewają. Dezy podchodzi do Florka i ponownie patrzą sobie w oczy. Nie wiem co się dzieje. Jestem zdezorientowana przez to uderzenie. Kiedy próbuję ponownie skupić uwagę na świecie otaczającym mnie Dezydery daje z liście w twarz Floriana. Dezy zawsze był miły i radosny. Jego grzywka najczęściej zasłaniała zielone oczy bardzo podobne do Florka. A teraz gdy tak na niego patrzę jest inny. Jest całkowicie inny. Nie znałam go od tej strony.
-Co ci mówiłem skurwielu?!- krzyczy Dezy kiedy sprzedaje Florianowi cios z kolana w brzuch. Florke upada na podłogę zwijając się z bólu. -To tak się zabawiasz gdy mnie nie ma tak? Pożałujesz tego ty i twoja suka- syczy przez zaciśnięte zęby. Podchodzi do mnie.  Jestem sparaliżowana. Patrzę przerażona na Dezego. Nie chcę wracać do przeszłości! Chwyta mnie za nadgarstek i ciągnie do salonu. Szarpię się, ale to nie pomaga. Pcha mnie na ścianę, a ja uderzam. Znów ktoś mnie pcha na coś. Dwa razy dziś. To jednak przesada.
-  Rozbieraj moją koszulę- mówi ostro Dezy tupiąc nogą o panele. Cała się trzęsę. Powoli próbuję trafić w guziki aby je rozpiąć.
-Patrz nam mnie...- syczy. Podnoszę wzrok na niego, lecz nie mogę go za długo utrzymać. Spojrzeniem uciekam na stolik za nim.  Dalej próbuję rozpinać guziki lecz sprawia mi to większą trudności niż przed chwilą.
- Na mnie- powtarza. Kieruję wzrok w stronę Dezego i robię zeza. W tym samym momencie koszula opada na podłogę. Czuję się skrępowania.
Jestem jeszcze mokra po naszych igraszkach z Florkiem niedawno. Bandaż zajmuje mniejszą przestrzeń i już nie muszę go wymieniać co kilka godzin. Wystarczyło parę dobrych "zaklęć" jak to powiadają normalni, a wszystko goi się w szybkim tempie. Na moje szczęście Dezy odchodzi do kuchni, a ja mogę odetchnąć.  Słyszę ich rozmowę.
-Możesz to robić ze mną, ale nie wplątuj jej w to. Ona nie ma z tym nic wspólnego- mówi Florian. Nagle ląduje na podłodze przy stole.
-Nie będziesz mi rozkazywał pieprzony gnoju. Prawie ją przeleciałeś. Najpierw ty potem ona...-  podnosi Florka z podłogi i kładzie niedbale na stole. Szklany niski stolik sięga mu od szyi do pośladków.
- Chodź tu do mnie- rozkazuje mi Dezy. - Z racji tego, że braciszkowi już opadł zrób coś aby stanął- mówi z sztucznym przejęciem odchodząc stolik. Stoję naga, sparaliżowana, przerażona z otwartą buzią. Oddech mam urywany. Ja nie chcę żeby tak było. Ciało mnie zdradza. Czemu właśnie w tej chwili stoję jak słup soli i patrzę jak Dezy rozbiera powoli spodnie? Wgapiam się w to zawstydzona, a jednak jest coś w tym co mnie podnieca, co budzi zmysły, co budzi do życia resztki dawnych zwyczajów. Nie, nie ja, nie chcę! Czemu ja nadal tu stoję? Czemu nie mogę uciec? Czemu nie mogę wyzwolić mocy i odepchnąć niewidzialną siłą Dezego?  Co mnie tu trzyma? Tak coś na pewno mnie tu zatrzymuje. Coś powoduje, że nie mogę nic zrobić oprócz podporządkowania się temu czemuś. Ale nie wiem co to jest. Nieobecna myślami wpatruję się w to wszystko z dziwnym zaciekawieniem.  A jednak gejowskie seksy są mi pisane... Tylko czemu i ja w nich jestem? Tyle pytań, a tak mało odpowiedzi. Decyduję się w końcu na mały kroczek. Po nim następuje kolejny lecz jednak mniejszy od poprzedniego.
- No chodź- mówi Dezydery swoim normalnym głosem jaki ja znam. Przez to, że jestem tak zamyślona nie zauważam niczego co mnie otacza. Następny kroczek powoduje nagłe olśnienie i napływ niechcianej rzeczywistości. Teraz dociera do mnie fakt w jakim gównie oboje tkwimy. Dezy właśnie gwałci gardło Floriana, a ja idę jak na ścięcie w stronę ciepłego słońca, które jak Ikarowi może spalić skrzydła. Jeśli zbyt blisko podlecę... Nie chcę aby komuś coś się stało z mojego powodu. Jeśli znowu zacznę to robić... Nie wyjdę, nie ucieknę, nie schowam się przed przeszłością. Ona cały czas mnie ściga... Dosłownie. To jest takie... trudne. Czemu? Sama nie wiem. Wszystko niby jest normalne, ale tak naprawdę to nie jest możliwe. Dlatego też żadne z nas tego nie zauważa? Przecież wszyscy żyjemy w ciągłym strachu... Czemu i ja tego nie zauważyłam? Musimy stawić czoła rzeczą teraźniejszym, a nie męczyć się z tym co już było. Z drugiej strony jeśli nie zwrócimy uwagi na przeszłość teraźniejszość może stać się większą przeszkodą niż była...  Stwierdzam, iż to wszystko jest do dupy. Ani tak ani tak nie dojdziemy nigdzie indziej niż do czarnej dziury.
-Ruszysz w końcu dupę i tu podejdziesz?!- krzyczy Dezy. Znów budzę się spadając w otchłań tego co się teraz dzieje. No to wybrałam sobie genialny moment na przemyślenia... Ruszam niespiesznie gdyż jak myślałam tak zrobię. Stawię czoła wszelkim rzeczą. Kiedy znajduję się przy stoliku ponownie napływają mnie myśli. Czy właśnie teraz bracia się razem... O Mój Boże! Przecież oni są braćmi...! Dezydery daje sobie obciągać...wróć. Rozkazuje sobie obciągać, a Florke posłusznie to robi... To dlatego był zawsze taki niechętny. To dlatego, że bał się reakcji brata. Szokująca jest tam myśl. On wiedział i mi nie powiedział! Jak on mógł? Chociaż on też nie wie wiele rzeczy o mnie  o starych dziejach. Może oboje powinniśmy szczerze porozmawiać... Och Florianie ile ja ukrywam... Z iloma sprawami muszę się męczyć. Ile rzeczy jeszcze o mnie nie wiesz.
-Czy ty w ogóle wiesz co masz robić? Bo jakoś nie widzę abyś czymkolwiek się zajmowała. Wkurwia mnie już to wiesz?- lodowatym tonem zwraca się do mnie Dezy. Spuszczam posłusznie głowę i klękam przy kroczu Florka.
- Tak Panie wiem- mówię cicho. Myślałam, że już nigdy się tak do nikogo nie zwrócę. Dezy zwolnił tempo aby dać chwilę wytchnienia Florkowi który co jakiś czas się dławi. No, ale to w jakiej pozycji się znajduje serio musi być trudne. Leży na szklanym stole z głową poza brzegami jeszcze, ma pchane czyjeś przyrodzenie do buzi. To serio musi boleć. Ja mam o tyle lepiej, że sama mogę dostosować tempo w jakim będę podniecać mojego kochanka. A on... Pieprzony jak wejdzie. Patrzę na nich... braci. To wszystko jest całkowicie chore... Ale muszę się zająć czyimś penisem na życzenie. To jest pioruńsko ohydne i obrzydliwe. Tak bardzo bym chciała tego nie robić... Patrzę błagalnym wzrokiem na Dezego, ale to nic nie daje. Spojrzenie ma zimne, oschłe i lodowate. Bardzo się tego boję...  Lecz wiem, że muszę podniecić jakoś Floriana inaczej pewnie czekam mnie jakaś szalona kara. A może Dezy uważa to za kare?  Jeśli tak myśli to śmiać mi się z niego chce... Jednak on też nie wie o tym co kiedyś "robiłam" więc może uważać, że jest to kara za to wszystko. Tylko to nie jest kara. Może uważa, że to co mam przy nim  zrobić jest dla mnie krępujące...nie no trochę jest. A Florian? To jest teraz jego kara? Ciekawe.
Biorę kutasa w rękę. Jednak pomimo obecności Dezego uwielbiam to robić.  Mój język wiruje na żołędziu badając coraz bardziej znany teren. Znów czuję przypływ podniecającej fali. Uwielbiam... Teraz to mam gdzieś Dezego. Łapczywie rzucam się na tego pięknego giganta liżąc i ssając. Florke reaguje po kilku intensywnych doznańach. Z każdym ruchem jest coraz bliżej wybuchu. W pewnym momencie coś pociąga mnie za włosy. Boli. Odwracam głowę i dostrzegam Dezego. Kiedy oni przestali? Patrzę na niego z wyrzutem. Jak on mógł przerwać mi w takiej chwili? Już miałam poczuć słony smak pysznego nasienia... Och czemu?
-Idź do kuchni i poczekaj- mówi potulnie Dezydery ze swoim słodziusim uśmieszkiem. Wstaję z kolan i posłusznie idę do kuchni. Cichutko przysiaduję przy drzwiach i nasłuchuję wszelkich dźwięków. Ktoś chodzi... kładzie coś na stoliku... a potem odzywa się Florian.
- Zamierzasz jeszcze coś robić?- pyta cicho.
- No, a co myślałeś? Że odpuszczę wam tak szybko?
- "Wam"? A nie mi? To przecież ja cię zdradziłem. A nie ona. Co niby ona ma do tego?
- W niej jest coś dziwnego. Zbyt dobrze sobie radzi. Albo jest taka genialna, albo już ktoś ją ostro pierdolił.
- I zamierzasz to sprawdzić?
- Tak- odpowiada lakonicznie.
- Jak chcesz to zrobić?
- Normalnie, a jak. Będziemy się pieprzyć.
- Co masz na myśli mówiąc "my"? Czyli ty i ona czy ja i ona?
- Obie wersje- mówi zbliżając się coraz bliżej. Jak niby on chce połączyć obie wersje? Biegnę w stronę krzesła siadając na nim niedbale. O mało co się nie przewróciłam.
- Dezydery stój!- krzyczy Florian kiedy  stają witaj progu. Oboje zwracamy się w jego stronę. - Nie warz jej dotykać. Ona jest moja...
- Jeśli jest "twoja", a ty jesteś mój to oznacza, że i ona jest moja. Czy ty w ogóle myślisz logicznie?
- Ona nie ma z nami nic wspólnego zrozum to!- krzyczy dalej. Mina Dezego zaczyna się diametralnie zmieniać. Teraz już nie wygląda tak potulnie jak przed chwilą. Stają do siebie zwróceni i powtarza się to co działo się niedawno. Wyglądają prawie tak samo.
- Nie rozumiem czemu ci tak na niej zależy? Co niby ukrywasz Dzióbek? - Florian zerka na mnie przepraszająco i ponownie patrzą na siebie.
- Dobra powiem ci... Kupiłem ją i trenowałem, bo wiem jakie warianty lubisz. Pomyślałem, że może ci się spodobać.
- Powiadasz, że ta gwiazdeczka była do kupienia? Ile za nią dałeś?
- Nie ważne- mówi i znów zerka na mnie. Teraz jego twarz pozbawiona jest krwi. On kłamie, ale jaki to ma związek z  nimi?
- Czyli kupiłeś ją dla mnie?
- Tak...- odpowiada niepewnie znów zerkając w moją stronę.
- To wszystko wyjaśnia... No to zobaczmy jak dobrze ją rozciągnąłeś.
- Nie! Nie dotykaj jej jeszcze... Będzie gotowa za miesiąc.
- Miesiąc?
- No może dwa.
- No dobrze daje ci półtorej miesiąca. A teraz idę po spodnie- mówi i wraca do salonu. Wymieniamy spojrzenia kiedy Dezy wraca ubrany.- A i dzięki za oddanie mojej koszuli. Naraska- rzuca przy wyjściu. A ja siedzę jak wryta w ziemię. Co tu się teraz stało?
- Patrycja to nie jest tak jak myślisz...

 A co do zdięcia to sama robiłam. Znaczy przerabiałam. Patrycja nie jest całkowicie taka jako powinna być, ale tylko takie zdjęcie znalazłam.

Jak powstają pomysły?... Oraz małe wyjaśnienie.

Mam już dosyć czytania Yaoi. Dosyć tej nauki jak dobrze włożyć przyrodzenie swojemu kumplowi w dupę na dziś...a bardziej dziś względem wczoraj. Jest już trzecia, a ja nadal czytam te blogi... Za mocno się wciągnęłam. Naprawdę już zaczynam przesadzać. Grzeczne dzieci śpią już od 7 godzin. Ja na pewno do grzecznych dzieci nie należę. Zakładam słuchawki i włączam swoją listę piosenek za znaczkiem śpiącego ludzika. W ogólę nie chce mi się spać, więc może Nightstepy które puszczam sobie zawsze na dobranoc mi pomogą i zaprowadzą w ręce Morfeusza. Pada na niezwykły i naprawdę dobry utwór czyli Nightstep You and I . Od pierwszych bitów wiedziałam, że ma się znaleść na mojej liście piosenek. Wracając. Kładę się na poduszkę zamykam oczy i mam w dupie telewizor który gra w pokoju obok, bo ojciec jak zwykle zasnął w trakcie oglądania. Mama śpi na wyremontowanym strychu, a ja upija każdy dźwięk jaki usłyszę w tej piosence. Od pierwszych zajęć tanecznych każda z nauczycielek mówiła mi, że mam genialny słuch i precyzję do rozkładania muzyki na jej części pierwsze. No i taka była prawda. Ziewam sobie tak jakoś mi się zachciało. Zbiera się natłok myśli. Co dziś zrobiłam oprócz wygrzewania dupska pod kołdrą? Mam wielką ochotę na śmietankoweto loda z Algidy. Zawsze miałam do nich słabość. Ale dobrze wiem, że takowego w zamrażarce na pewno nie ma. No nic jakoś sobię poradzę. Przypominam sobie o szkole. Oooooooo jak mi się nie chce. Prawdę mówiąc trochę zaniedbałam bloga... No tak mówiąc to trochę bardzo. Muszę coś wymyślić. Nic co dziś przeczytałam nie mogłabym wykorzystać, bo było by to już trochę zbyt chamskie w stronę  co niektórych autorów opowiadań. Muszę coś wymyślić... Albo chuj mnie to. Jak kochają to poczekają... I tak nikt nie poczeka. Wiem to. Gwałcona w przeszłości. Haha przez kogo... Nauczycielka od plastyki i muzyki... Nie to ma złe skojarzenia z moją szkołą i ojcem koleżanki i kolegi. Biedni Michu i Olka. Ja bym nie wytrzymała z moim ojcem jako nauczycielem. Kto jest tak chujowym i znienawidzony przedmiotowo Nauczycielem? Jakim przednlmiotem gardzę a zarazem wiem że co niektórzy dopuszczają się do takich rzeczy... Ach tak. Historia. Przedmiot z którego pełno prawie mogę być zagrożona nawet na tle mojej klasy ścisłowsów. Nawet od mamy tak mocno bym nie dostała opiepszu. Gwałcona przez historyka Patrycja coraz bardziej zamyka się w sobie niedopuszczając nawet brata. No i proszę... "Przedspaniowe" myślenie zawsze ma jakieś obfite zbiory. Komórki nie mam tak daleko, więc obrazu znajduję tam notatnik i zapisuję swój zacny pomysł którego później zapiszę na kartce na lekcji albo na starym czternastoletnim komputerze.

Więc to by było na tyle z kwestią jak powstają pomysły. Małe wytłumaczenie... Tak zaniedbałam bloga. Ale nie martwcie się już wszystko jest gotowe. No kto tęsknił? Nikt? Noooo Ejjj... Tak krótka notka wiem, ale mam więcej roboty niż w poprzednim semestrze, dlatego nic nie było. I pewnie teraz znów pojawi się jakaś dłuższa przerwa więc wybaczcie. Kocham Was xoxo
Patiśałek

Ach no tak link do piosenki już już...
https://m.youtube.com/watch?v=8KgWfKwSZDw

poniedziałek, 12 stycznia 2015

Rozdział 8

Witajcie moi kochani po krótkiej przerwie. No była troszkę długa... ale to nic. Mam dla was dużą porcie słów, intryg oraz błędów. Powodzenia w czytaniu. Mam też zamiar...(ale to w dalekich planach)  aby "wyremontować" stare rozdziały i pozbyć się z nich  jak największej ilości błędów. A kilka już takich ujrzałam.. Sporo.
Mam kilka pomysłów już w głowie na główne opowiadanie. O to "poboczne" też się nie martwcie. Wszystko pod kontrolą.



Zdyszałem się. Jezu ja nie wiem jak on to robi. Ujmujące. Tak dobrze nie bawiłem się od kiedy pamiętam... a pamiętam może... No właśnie pamiętam niespełna dwa dni. Ciekawe czemu. Ale mam to gdzieś, a właściwie to głęboko w dupie tam gdzie niedawno znajdował się Patryk. Leżymy obok siebie. Daleko wykopałem tą kołdrę. A co tam. Mogę. W domu panuje cisza. Słyszę tylko nasze, próbujące wrócić do normalnej prędkości, oddechy. Spoko. Jakoś przeżyję. Wstaję do siadu. Tyłek mnie boli... pewnie to normalka. Nie wiem, nie pamiętam. A może i lepiej.  I tak nie zniósłbym tych wszystkich wspomnień seksu analnego który pewnie uprawialiśmy codziennie. To co teraz robię zdaje się takie normalne. Wszystko niby jest normalne. Ciekawe jaka jest prawda. Nie mam zielonego pojęcie. A może pracuję... mam jakąś fuchę której nie lubię. Albo coś. A może mam dzieci i rodzinę... nie to na pewno nie. Ech i tak się pewnie niedługo dowiem. Taka jest prawda. W ogólę to dziwnie się jeszcze czuję. Głowa mnie boli od jakiś kilku minut. Nabrałem ochoty na jakieś zakupy. Tak jakoś. Albo nie... Chcę iść na lodowisko. Tak lodowisko! Tylko skąd ja wezmę to lodowisko w połowę wakacji? Dobra i zakupy mogą być. Albo nie mam ochotę na telewizję. Jezu zachowuję się jak kobieta w ciąży. Przewracam oczami i dostrzegam na biurku pilot. No i dobrze chociaż nie musiałem się pytać. Biorę go z biurka i usadawiam się wygodnie na poduszkach. Mam szczęście, że pamiętam co się robi aby włączyć telewizor. Leci jakiś durny serial, ale nie chce mi się go przełączać. Nagle przed oczami znów dostrzegam jakieś obrazy. I wiadome z kont ten ból głowy... Ale to nie jest obraz... to wspomnienie.

- Jeremi, ale no... przepraszam zatrzymaj się.
- Nie! Jesteś podłym bydlakiem. Jak tak mogłeś. Zrobiłeś mi tylko nadzieję. Tylko próbowałeś mnie zatrzymać aby mnie sobie przywłaszczyć! Jak jakąś pieprzoną zabawkę! Zwykły skurwiel z ciebie wiesz! Chciałeś mnie zamknąć w tej swojej zakichanej piwnicy!
- Z kont o niej wiesz? Nie byłeś tam jeszcze.
- I co?! Miałeś zamiary mnie tam zaprowadzić! Wiem to! A właściwie to byłem tam wtedy kiedy dowiedziałem się o wszystkim! Gwałciłeś mnie pół nocy... Zapomniałeś.... Ach tak po tym jak jebnąłem cię szafą zapomniało się. O takie biedactwo. Jesteś zwykłym pierdolonym alfonsem! Nie chcę cię znać! Ani tego całego twojego zakichanego świata!- i widzę tylko jak dostaję czymś w głowę.

O. Mój. Boże. A jeśli to prawda? Co to miało być? Czy...czy to prawda? To wyglądało jak wspomnienie. To było wspomnienie. Ale czy to... o ja nie mogę. Wstaję gwałtownie i biegnę do korytarza. Jezu gdzie jest ta niby piwnica? Rozglądam się. Schody po lewej nie prowadzą tylko w górę, ale i w dół... Nigdy tego nie zauważyłem... to znaczy zauważyłem... Ale przez te dwa dni nic nie widziałem. Schodzę szybko. Widzę zimne i długie przejście z różnymi drzwiami i kratami.... JA NIE WIRZĘ! TO PRAWDA! TO PRAWDA!!! Kiedy chcę wbiec znów na górę on zbiega i spotykamy się w połowie drogi. Odsuwam się powoli lecz on się dalej przybliża. Oczy mi się załzawiły. Boję się!
- Co się stało dwa dni temu?- pytam chcąc dowiedzieć się prawdy z jego ust.
- Na to wygląda, że wiesz. Co mam ci powiedzieć?  To, że byłeś moją zabawką przez jakiś czas aż coś nie strzeliło ci do głowy.  To, że cię kocham jak niewolnika. No może trochę bardziej. To, że zależy mi na tobie? To, że traktowałem cię normalnie. Tak jak nie powinienem. Patryk się za mocno wtrącał... To, że usłyszałeś rozmowę o wypożyczeniu. A potem się wciekłeś. Co miałem zrobić? Walnąłem cię tak, że obudziłeś się następnego dnia. A ja musiałem odpiepszać całą tą szopkę. Na początku myślałem, że naprawdę sobie żartujesz. Och jak mi ciebie teraz szkoda... naprawdę szkoda mi cię kochanieńki. No ale przyzwyczaisz się -podchodzi niebezpiecznie blisko i już nie mam jak odskoczyć. Dostaję z pięści w twarz i tracę przytomność. Przewija mi się przez głowę jeszcze myśl: „Patryk się za mocni wtrącał?”

Kręci mi się w głowie. Kiedy odzyskuję już całkowicie świadomość rozglądam się po pokoju... Dobra to nie pokuj. To jakieś więzienie. Chcę poruszać rękoma lecz mam je przypięte do ściany kajdankami. Nogi tak samo tylko, że do zimnej ziemi.
- Wypuść mnie! -krzyczę. Zimno w tym pokoju. Wiem czemu. Jestem nagi. Błagam wypuść mnie... Zamykam oczy. Niedawno kochałem się z nim, a teraz się dowiaduję takich rzeczy. Jezu... Jaki ja byłem głupi... Ale teraz i tak jest już za późno. Tak... Przeprosiny coś pomogą? Ta, ale za co go mam przepraszać? Za to, że jestem? Za to, że się dowiedziałem i chciałem pewnie uciec? To nie mój dom. To jego dom na pewno. Czemu wygadywał mi wszystkie te głupstwa? I czemu ja w nie wierzyłem? Dałbym sobie teraz z liścia w twarz, ale nawet ręką ręki nie dotchnę. Nie dosyć, że tu muszę siedzieć to się nie mogę ruszyć. Zaczynam szlochać głośno i wtem słyszę czyjś głos. Jest tak ciemno, że nie wiem czy jest to głos z mojej celi czy z jakiejś innej.
-Nie płacz. Pan tego nie lubi. Pan nie lubi kiedy ktoś płacze- cichy zachrypnięty głosik. Boje się go.
- Kto? Patryk?
- Nie mów tak lepiej... Pan wszystko słyszy. On wie... Pan wszystko wie- mówi nieznajomy głos. Patryk wszystko słyszy i wie? Okej potraktuję to jako radę... Co się tutaj dzieje? Stałem się jego niewolnikiem czy co? Tak ogólnie to właśnie się dowiaduje, że nie jestem tu jedyny. ON WIĘZI LUDZI!?!?!? Albo człowieka. Nie wiem ilu ich tu jest.
- Jestem Dominik. Służę Panu już dwa lata- mówi nadal ten zachrypnięty głos. DWA LATA? Ile ja się spotkam z Patrykiem? Och to takie głupie. Zostałem właśnie niewolnikiem swojego chłopaka który jest pewnie jakimś pedofilem. No po prostu zajebiście! Ponownie nawraca się ochota dania sobie z całej siły w policzek. Genialnie nie on po prostu genialnie... Super cieszę się jak cholera... ta gówno prawda. Patryk jak mogłeś? Jak? Otwieram oczy. Jest ciemno jak w tyłku u murzyna. Słyszę coś. Jakiś dźwięk którego nie rozpoznaję. Nagle światło jarzeniówek oślepia mnie tak, że na chwilę muszę ponownie zamknąć oczy.
 - Normalnie kochanieńki. Mówię ci, że się przyzwyczaisz. Służenie mi nie jest takie trudne. Naprawdę. A co do naszego stażu to jesteśmy już od około roku. Coś tyle będzie. No pewnie musisz się trochę poruszać. Już, już cię odpinam- podchodzi do mnie i uwalnia najpierw ręce, a potem nogi. Dostrzegam wychudzonego człowieka...to pewnie ten Dominik. Blond włosy i kiedy się przyjrzę to zielonooki. Jest chudy jak patyk. Patryk stawia przede mną jedzenie. Schabowy po polsku ziemniaki i ogórek kiszony do tego. Przed tym drugim tylko jakąś sałatkę która wygląda jak rzygi. A on jeszcze mu za to dziękuje... No pewnie jedzenie dostaje co jakiś tydzień. Patryk wychodzi i dowiaduję się, że ten dźwięk to drzwi. Nie jestem jeszcze głodny, a kiedy patrzę na Dominika mam ochotę się zabić. Jeśli ja tak mam wyglądać to wolę to zrobić teraz niż cierpieć tyle czasu. Podchodzę do niego i stawiam przednim moją porcję. Patrzy na mnie wzrokiem przepełnionym bólem i cierpieniem. Patryk musi być potworem...  On jest odpięty jednak pewnie nie ma sił aby się podnieść. Przysuwam jeszcze bardziej tacke z jedzeniem. Wiem, że mu się bardziej przyda niż mnie. Wolę zrobić ten dobry uczynek i nakarmić głodnego. Jego twarz rozświetla blady uśmiech. Odwzajemniam go swoim najmilszym jaki umiem.
- Pan by się wkurzył gdybym to zrobił.
- Nie obchodzi mnie co Patryk zrobi. Masz to zjeść. A mi daj to twoje.
- Nie polecam tego- mówi, ale teraz cały czas się uśmiecha. Jak się parzy na takiego człowieka najpierw wchodzi się do ciepłej sauny, a potem dostaje się zimny prysznic. Straszne.  Jakim Patryk musi być skurwielem! A taki prawie fajny dzień miałem. Siadam obok niego i powoli przysuwam widelec do ust. Muszę się przemóc. Biorę To do buzi i od razu wypluwam. Smakuje jak skarpetki po tygodniowym użyciu. Obrzydliwe!
- A ilu „nas” tu jest?- pytam wycierając ręką język.. Nie chcę potem mieć niespodzianki.
- Na orgiach zdołałem policzyć, że około piętnastu.
- Że przepraszam kurwa ile?! PIĘTNASTU!?
- No możliwe, że więcej.
- I wszyscy są w tych celach?
- Tak- mówi blondyn. Jezu... Ratunku! Opieram głowę o ścianę. Mam już za dużo informacji jak na jeden dzień. Nawet nie wiem która godzina! I jakie znowu orgie? Mam już dosyć tego wszystkiego. To jest jakieś głupie. Przypominają mi się słowa Patryka przed moim zamknięciem. To chyba było coś w tym stylu „ Patryk się za dużo wtrącał” albo jeszcze inaczej. Nie pamiętam. Mocno mnie uderzył. Ale co to miało znaczyć? Patryk... ale to on to powiedział. Mówił o sobie w trzeciej osobie? Muszę się zapytać o to Dominika.
- Słuchaj wiesz coś więcej o Patryku?
- O nim nic prawie nie wiem. Od kiedy porwał mnie bardziej aktywny jest Robins. Patryka wtedy nie dopuszcza.
- Czekaj... że kto? Robins... to jego kolega?
- Nie to jego druga jaźń. Nic ci nie mówił, że ma rozdwojenie jaźni?
- Nic...- ta super. Właśnie się dowiaduję, że mój chłopak ma jakąś chorobę która powoduje, że ma więcej niż jedną osobę w sobie... Następny puzel do tej jebniętej układanki.
- Czyli jest to możliwe, że Patryk się we mnie zakochał, lecz Robins chciał mieć mnie na własność?- pytam aby rozwiać wszelkie wątpliwości. Bo jeśliby się tak zastanowić to właśnie mogło być prawdą. Patryk mnie kochał, lecz wreszcie jego druga jaźń pokazała pazurki. To trzymałoby się kupy.
- Emm... tak- odpowiada. Okej dobra to jest już jasne. Jakaś osoba w jego osobie chce mnie gwałcić, tępić i głodzić. Ale o co chodziło z tą sprzedażą. Robins chciał mnie sprzedać? Ale co na to Patryk? Może on wtedy próbował zareagować? I te przepraszanie było od niego. A to jak mnie walnął to na bank był Robinson! No i wszystko jasne. Czyli Patryk mnie jednak kocha! To nie jego wina tylko tego Robinsa!
- Brawo kochanieńki. Odkryłeś Amerykę- w tej chwili wchodzi wilk o którym była mowa. To jak do mnie się odzywa jest trochę poszlaką co do tego z kim mam do czynienia. – Odkrycie te zajęło ci około roku. Masz po prostu taki zapłon... Łał. Większość już wiesz. Reszty się teraz dowiesz. Pozwól ze mną.

Idę tym zimnym korytarzem. Mijamy kilka celi i jakiś oznakowanych pokoi. Robins staje przed jednym pokojem. Wyciąga pęk kluczy. Sprawnie znajduje ten odpowiedni i wkłada go do drzwi.  Otwiera je i wpycha mnie tam.
- A teraz mnie uważnie posłuchaj, bo nie będę powtarzał. To jak mnie potraktowałeś na pierwszej naszej lekcji nie było miłe. A więc nadszedł czas mojej zemsty. Mam gdzieś to jak Patryk kazał do siebie mówić. Zapamiętaj sobie dobrze, że to ja tu teraz żądzę  i nie chcę słyszeć żadnych sprzeciwów. Do tego zwracasz się do mnie Panie... a ty jesteś bezwartościowym ścierwem które w każdej chwili mogę porwać i spalić... Rozumiesz?- pyta. Nie mam nawet siły mu odpowiedzieć. Że co przepraszam? Mrugam kilkukrotnie sprawdzają czy to na pewno nie jakieś omamy albom zaćmienie mózgowe którego właśnie teraz dostaję.
- Rozumiesz?!- pyta już bardzie niemiłym tonem. Zamyka z trzaskiem drzwi. Boję się!
- Tak- odpowiadam cicho. Głośniej nie umiałem.
- Tak co?
- Tak Panie...- dukam to jak jakieś dziecko. Co on zamierza? Z moich oczu zaczynają spływać słone łzy. Nie mam sił by zdać się na siebie. Nie mam sił... życie chcę zakończyć snem tak aby nie cierpieć. Nie czuć tego jebanego bólu!
- Ale i tak poczujesz- mówi i chwyta mnie za nadgarstek. Krzyczę głośno. Chwycił się mnie tak mocno... AŁA! To boli ciemnoto! Prowadzi mnie do ściany. Przypina mnie do końcówek łańcucha. Ciekawe co zamierza?
- Nie bój się o to. Przygotowałem na dziś sporo atrakcji...- atrakcje? To można nazwać atrakcjami? Właśnie mnie uwięziłeś!
- No tak zrobiłem to. Ale to dopiero początek. Czeka cię jeszcze pyszne śmietankowe lody, a potem długie rozkoszowanie się kakałkiem...
- To chyba ty będziesz się tym rozkoszował!
- No, a tak nie powiedziałem?- mówi z rozbawieniem. Czy go to śmieszy? Parskam na samą tą myśl. A właśnie... kiedy ja coś mówię w myślach on mi odpowiada... On czyta w moich myślach?
- Tak kochanieńki. To naprawdę czasem pomaga- mówi. Nie to co ja mam robić. Mówić na niego nie mogę myśleć tym bardziej. A może szeptanie pomoże? Nie to na pewno nie. Odchodzi do czerwonej lini która jest na podłodze.
- A teraz podejdź do mnie- karze. Nie ma mowy ja się z tond nie ruszam. I dobrze zrobiłem bo podchodzi do mnie. Wygrałem.
- Pomarzyć możesz- dostaję w policzek z całej siły. I masz czego chciałeś- mówi cichy głosik we mnie. Zarąbiście.
- Mówiłem ci, że nie chcę słyszeć sprzeciwów. A teraz podejdź do drzwi- podchodzę tylko do czerwonej lini dalej nie mogę bo łańcuchy mnie blokują.
- Bardzo dobrze- idzie do szafy. Tam wyciąga czarną obrożę z kolcami. Zakłada mi to na szyję.
-To po to abyś wiedział, że należysz do mnie- dzięki za info, ale i tak mi nie potrzebne. Wolę zginąć niż być twoim podwładnym!
- To akurat da się załatwić. A teraz na kolana!- rozkazuje. Robię co muszę. A nie bo cię szanuję! Klękam wpatrując się teraz w niego z dołu.
- Rozepnij mi spodnie i zrób mi loda- karze. Że co proszę? – Zrób mi loda!- mówi groźniej. Trzęsącymi rękoma odpinam jego rozporek. On nie nosi bokserek? Patryk zawsze nosił... znaczy od dwóch pieprzonych dni. Moim oczom ukazuję się jego wielki penis.
Nie mam zamiaru brać go do ust wiedząc nawet, że to jest ciało Patryka. Nigdy!
-Z takimi uparciuchami miałem już do czynienia. Szybko się psuli. Ale ty jesteś wyjątkowy. Patrykowi na tobie zależy. Zobaczymy co zrobi jutro gdy nie będzie mógł cię znaleźć- podciąga spodnie i idzie do jednych z szaf. Słyszę jak mówi coś do siebie.
-Pejcze i szpicruty są takie standardowe. Może rozgrzany pręt... nie to by zbyt wcześnie go popsuło. Papierosy? Nigdy nie przepadałem. Prąd? Nie zbyt szybko zemdlałby. To może jakieś narkotyki? Odpada... nie czułby żadnego bólu. Hmmm coś co jest mocne ale nie za silne jak na drugą lekcję. Ach tak zapomniałem. Stół w sali nr 8. No i to mi się podoba- kończy. Sala numer osiem? Co tam się znajduje i co to za stół. I nawet kiedy ukradkiem zerkam na jego kroczę dostrzegając erekcję nic mi do śmiechu. Moja wyobraźnia robi mi niemiły żart pokazując jak obciągam mu jak jakaś prostytutka. Niby ciało to samo. Niby głos ten sam. Niby włosy te same. Te same piękne które powodują przypadłość sterczących sutków. A jednak... jest diametralnie inny. Nierozpoznawalny. Raz kochany i współczujący... teraz zły i opętany jak w średniowieczu kiedy jeszcze niewolnictwo było dozwolenie.  Ale ja nigdy do odważnych nie należałem. Więc podkulam ogon. Nie chcę cierpieć z powodu swojej dumy i małego ego którego i tak prawie nie posiadam.
-Zaczekaj...ja... ja mogę... znaczy...ja- próbuję wyjaśnić mu moje zamiary. Jak umie czytać w myślach to niech teraz to zrobi. Tu jestem bardziej odważny niż w rzeczywistości. Panie chcę ci zrobić tego pieprzonego loda.
-No i to ja rozumiem- mówi zamykając półkę. On jeszcze czegoś tam szukał. Podchodzi do mnie.- To do roboty- ściągam powoli te spodnie. Wgapiam się w jego erekcję myśląc o różowych kucykach Pony. Mam jedno wspomnienie jak byłem mały i to oglądałem. Lubiłem to. Najfajniejsza była Pinkie Pie- uosobienie radości i gadatlictwa. No choć jedno miłe wspomnienie z dzieciństwa. Może będzie ich więcej. Może jeszcze coś mi się przypomni. Biorę go powoli do ust. Ja nawet nie wiem jak to się robi. Ledwo co pamiętam ile mam lat, a ty mi karzesz robić coś czego nie pamiętam wcale. Po pierwsze jest to obrzydliwe. Po drugie... nie, nie ma drugie. To jest ohydne, obrzydliwe i fuuu!
-Dobra nie pierdol tylko rób... Bo jak się wnerwię to pożałujesz.

I wiem, że muszę robić to co mi każe. Nie mam żadnego wyjścia. Pogrążony w łzach   wykonuję jego zboczone zlecenia, a potem on zostawia mnie sparaliżowanego z bólu bez kropli wiary na to że wszystko... będzie...dobrze...

wtorek, 30 grudnia 2014

Życzenia!

-Chciałabym wam życzyć wszystkiego najlepszego w tym nowym roku.... Wiem zapomniałam o świętach, więc teraz jest rekompensata. Tak jakoś musiałam. Patiśka jest taka współczująca.
- Ale mi to nie dasz złożyć życzeń co?- na scenę wchodzi tęczowo włosa Patrycja.
- Czekaj, czekaj... Patrycja? Ty tu? Na moich życzeniach. Wow.
- A co nie wolno mi złożyć życzeń naszym czytelnikom?
- Znaczy można... Śmiało jak w takiej słusznej sprawie.
- Więc kochani chciałabym wam złożyć serdeczne życzenia. Abyście dotrzymali swoich noworocznych wspomnień.... aby wszystkie marzenia i cele się spełniły. Aby wasze miłości was zauważyły. I dużo, dużo kochającej rodziny.  Oczywiście ja nic nie sugeruję.
- No i wy tu?- na scenę wkraczają Patryk oraz Jeremi. Jeremi zabiera głos
- Ciekawi mnie ile osób moje imię czyta jako dżeremi? Zawsze ludzie mają z tym problemy.
- No masz racie kotku- Patryk daje całusa w policzek chłopakowi.
- A wiecie co... i ja wam muszę życzenia złożyć. Więc drodzy obserwatorzy, widzowie, czytelnicy oraz droga administracjo... Chcę aby nowy rok przyniósł wam same szczęście. Zero ubytku, biedy i głodu. Aby wasza chata była bogata, a życie osobiste obwite i czerwone jak policzki Jeremiego- kończy mowę Patryk.
-Ejj aż taki zarumieniony to chyba nie jestem- mówi z wyrzutem.

- Uwierz jesteś- mówię.- A więc żyjcie, bądźcie i oddychajcie. A życzeń naszych mocno się trzymajcie. Na razie słodziaki. Do następnych oby długich rozdziałów!
( Tak jeszcze ode mnie... macie jedno z wielu fotografii... nie żyję tylko opowiadaniami. Moje autorski zdięcie.Tak na ocieplenie tej zimy.)

Rozdział 7.5 Bo tym razem nie zapomnę!

Witajcie moi kochani. Jak się żyje? Mi to dobrze. Znaczy nie aż tak. Zabrano mi telefon ;-; i jak ja teraz sprawdzę resztę błędów? Oki jakoś sobie poradzicie prawda? I z góry chcę was naprawdę uczulić na co niektóre błędy. Właśnie niedawno się dowiedziałam, że piszemy "kundel", a nie "kumdel" tak jak ja to pisałam. Sama się zadziwiam, bo coraz więcej piszę. Uwielbiam mieć wenę! Więc zapraszam do czytania i komentowania.


Znów tu wchodzi. Nie chcę! Ja nie chcę! Cała jestem zapłakana. Po co ja to robiłam? Nie chciałam uciec.
-Wypuść mnie skurwielu!- krzyczę. Może krzyki pomogą. Choć i tak wiem, że to nie prawda.
-Och jaka burzliwa... dokładnie jak braciszek. Nie wychowane porzucone dzieci. Twoja matka musiała być niezłą suką, że takich urodziła.
-Nie mów tak o mojej mamie!- krzyczę i uderzam go w policzek. Ten odwraca powoli głowę w moją stronę. Unosi jedną brew. Niech nie mówi tak o mojej mamie.
-I uważasz, że to ci niby pomoże kundlu? I myślisz, że co?  Myślisz, że teraz ucieknę? Och to kochana grubo się mylisz i pożałujesz za to- bierze mnie za rękę i prowadzi do stołu. Ratunku! Patryk, Kacper, Kamil kto kolwiek! Uratujcie mnie...błagam.
-Zostaw. Mnie. Proszę- chlipię przez łzy. Przypina mi najpierw wierzgające nogi, a potem ręce. Gdybyś tu była mamusiu nie dopuściła byś do tego prawda? Nie puściła byś mnie do szkoły... nie dała byś mnie wtedy w ręce nauczycieli i placówki szkolnej. Nie poszła bym z Patrykiem przez tą chorobę. Grypę... ale nie bo ojciec musiał. Kazał. On musiał nas wygonić. Czemu mamusiu? Lecz czemu mnie teraz nie strzeżesz. Czemu nie patrzysz? Czemu nie pomagasz... modliłam się abyś wróciła. Tyle czasu... Lecz On mnie nie posłuchał, nie liczył się z tym o co tyle prosiłam, błagałam.  Przez gorzkie łzy nocami wypłakiwałam... „Boże bądź łaskawy i oddaj mi mamusię” lecz nic. Nigdy mi jej nie odda...Prawda? Nie spotkam już jej. On mnie nie będzie chciał... jestem zbyt zła. Splugawiona i popsuta. Oni to zrobili. Właśnie oni. Oni mnie popsuli, zbezcześcili. Nikt mnie już nie naprawi. Wiadome. Wszystko co już mogli, to zrobili i niech nie robią więcej. Popsuta zabawka... I tyle. A może teraz Nieśmiertelny mnie zabije? Może skończą się moje cierpienia? Może to już koniec? Wchodzi na mnie z gołym już ciałem i chce we mnie wejść tak żebym poczuła wszechobecny ból, lecz ja się nie daję. Tak łatwo się nie dam. Szarpię się biodrami i brzuchem. O nie niech wie, że ja mam jeszcze coś do powiedzenia. Przestaję nimi poruszać, bo schodzi i idzie po coś.  Grzebie w tych trupich szafkach.. Ciekawe co pula dziś tam ma. Wyciąga pejcz.. czarny wyglądający jak bat pejcz obity skórą, ale gdzieniegdzie widać sznur. Dostaję raz... drugi... trzeci i aż tak do dziesięciu. A potem się kończy i nic już nie czuję. Umieram... Wzdycham już tam gdzieś, gdzie nic nie ma. Wzdycham z ulgą... z wielką ulgą. Widzę mamusię. Ona tam na mnie czeka...ona tam stoi i macha. Stawiam niepewnie krok, ale nic się nie dzieje.Nie pęka, nie łamie się, nie spada. Więc idę już powolnym i normalnym krokiem. Mamcia tam stoi z otwartymi ramionami. Uśmiecha się. Jest piękna. Taka piękna.  I kiedy dzieli mnie już od niej jakieś kilka metrów, potykam się i coś mnie budzi... Wracam tam gdzie już nie chciałam. Wracam do świata żywych. Znowu tam. Światło zabija mnie. Boli.  Tak...te wspomnienia bolą. To co dziś się stało.  Mam cały brzuch poharatany. Siniaki i inne. Muszę iść przebrać bandaże. A po tym jak zostałam wygoniona z kuchni, mogę to od razu zrobić przy okazji. Tak na raz.  Idę do „mojego” pokoju. Ściągam  koszulkę i powoli rozwijam bandaż na ciele przy okazji odrywając trochę zaschniętej krwi. Dotykam powoli trzech ran. Bolą jak cholera. Lekki dotyk sprawia mi nie mało bólu, a co zrobić jeśli mam ubrać bandaż. Ból wielki ból. Cierpienie można tak powiedzieć. Powolutku  zawijam go tak aby sprawić jak najmniej nieporządnego efektu. Jakoś się udało. Ubieram czarne leginsy i czarną koszulkę w stylu ulicy taką luźną z lisem jakby ktoś nie wiedział. Kiedy otwieram drzwi nie mogę się nie uśmiechnąć. Oboje. Słychać ich chyba w całym domu. Czemu więc ich nie usłyszałam?  Mam taki chyry i podły plan. Ha Patryk będzie cierpiał ze wstydu. Przechodzę cicho korytarzem i staję w drzwiach sypialni. Jeremi jęczy, a Pat zabiera się do jego spodni. Wybuchnę śmiechem jak to przymnie zrobią. Lecz kurcze się mylę. Pat odwraca głowę w moją stronę. Hm Jeremi ma nawet spoko klatę. Mogłabym z nim być gdyby był wolny. 
-Ale nie jest. Idź sobie albo cię naprawdę wykopie- mówi Patryk. Uśmiecham się.
-Nie, nie ja jeszcze chwilę tu postoję.
-Patrycja czy nie widzisz, że przesadzasz. Idź!- mówi zniecierpliwionym głosem.
-Nie ja sobie popatrzę- czy gejowski pornol na żywo nie jest mi pisany?
-Patrycja.... Czekam...-mówi i już nie leży na Jeremim. Dostrzegam erekcję u młodego co jeszcze bardziej mnie rozbawia. No dobra dam im spokój. Sama mam swoje ważne sprawy.
-No dobra już idę... idę- na to wygląda, że nie. Ale i tak kiedyś to zobaczę.... nie ma co. I tak mnie nie oszukasz. Tak z innej beczki to lubię swoje czarne kozaczki. Są spoko. Pasują do mnie. Te obcasy dodają mi jakieś 15 centymetrów. Mam w nich coś około 2.10 metra. Chciałabym je ubrać, ale i tak mam jeszcze 30 minut do Floriana i tylko bym się niepotrzebnie zmęczyła. A siły to muszę zachować na później.  Przydadzą mi się.  Wychodzę i kieruję się parkiem w stronę centrum. E i tak szybko mi to zleci przy dobrej muzyce. Wyciągam telefon ubieram słuchawki i włączam jedną z piosenek które do mnie pasują. Nightstep Psychotic. Sam tytuł jest już jednoznaczny. Lubię dobrą podstawę muzyczną, a większość Nightstepów jest dobra. Taki trochę japońsko-chiński głos mi odpowiada. To nawet mało powiedziane. Jest genialny. Wiem ile to trudu trzeba żeby zrobić taki głos z normalnych popularnych piosenek. To jest pioruńsko trudne. A potem jeszcze genialny dupstep i wszystko jest świetne. Piosenka ma tyle czasu co inne normalne. Możliwe, że troszkę szybsza, ale to nawet nie czuć. Oczywiście każda piosenka ma swój charakter. Mam Nightstepy  przy  których zasypiam... ale są genialne. Po prostu taka piosenka mnie ustabilizuje. Czasem nawet i odpręża. Najczęściej po jakiś stresujących sytuacjach właśnie zakładam słuchawki i tak jakoś wszystko znika.  Muzykę traktuje jak oddzielne życie w którym to ja mam władzę i kontrolę, ale i tak nic tam nie muszę robić. Tam życie jest piękne. Świat bez ograniczeń, bez trosk. Inne życie. Listy piosenek tworzę tak, aby pasowały do siebie pod kontem charakteru i osobistości. Takie Nightstepy do spania mam w osobnej liście, co piosenki do chodzenia, czy takie jak teraz słucham czyli piosenki dla zabicia czasu.  Są jeszcze smutne na poprawienie humoru albo smutne kiedy mam już takiego doła, że nie mam na nic już ochoty,  a moja radość tli się małym dymkiem. Wszystko zależy od intencji. Czuję jak coś wibruje mi w kieszeni. Lubię mieć telefon wyciszony albo na wibracjach. Tak nie wiem czemu, ale lubię. Odbieram nawet nie patrząc kto dzwoni.
-Mej.
-Cześć Pati z tej strony Maja. Jak się czujesz?
-Ach Maja hej. Jest dobrze. Jakoś żyję.
- Co się tam stało? –pyta z głosem pełny współczucia.
- A nic tak ważnego. Jak tam chłopak?
- Wierz dobrze, że mnie zdradza. Ale co mi do tego i tak z nim zerwałam.
- Nie mów! Zerwałaś z tym draniem? To gratuluję. Masz następnego?
- Ta właśnie na nim leżę.
- Maja ty żartownisiu gadaj masz czy nie.
- No mam, ale na oku.
- Uuu Maja się zakochała- śmieję się do telefonu.
- A wcale, że nie... To ty się  zakochałaś.
- A z kont wiesz?
- Plotki szybko się roznoszą. Spójrz do gazety.
- Oki dzięki. Ja muszę kończyć mam parę ważnych spraw do załatwienia. Na  razie- kończę rozmowę. Plotki? Gazeta? Och tylko nie to.  Podchodzę do kiosku i proszę gazetę. Czytając aż muszę usiąść na ławkę, aby nie zemdleć. Artykuł jest... masakra.
„ Czy szykuje się nam nowa para? Dwoje popularnych Gamerów spędza coraz więcej czasu ze sobą, czy to już coś szykuje?  Czy możliwe, że niedługo będziemy mieli coś na rzeczy?
Patrycja Mej oraz  Florian Dzióbek są przyjaciółmi już od dawna... Ale czy to na pewno przyjaźń? A może to coś więcej? Nie dawno no wrzuconym odcinku Florian przytula Patrycje. Ale czy to tylko przytulas? A może to coś innego? Wszystkiego dowiemy się później. Nasz wydział dopilnuje abyście byli na bieżąco.” Ręka uderza mi o czoło robiąc nie mało huku. Ja nie wytrzymam. Tak przytulił mnie na odcinku, ale to był zakład... i tak tylko powiedziałam, a on się zgodził. Ale wtedy nic po między nami jeszcze nie było. Dopiero później. Aaaach te media są nieustępliwe.  Mam niezłą kichę. Już widzę te pytania „A czy to prawda, że jesteście razem?” „ A czy już spaliście?”  „Macie dzieci?” „A pocałujecie się na odcinku?”  Totalna masakra. I to właśnie najbardziej boli. Brak życia prywatnego. Ale co zrobisz? Tak sobie wybrałam. Wstaję z ławki i idę. Nie mam o czym myśleć... Tak pusto się w głowie zrobiło. A może mam. Co to było? Czemu ja to widziałam i mam ślady. Przecież to był sen. Sen na jawie? O co tu chodziło? Czemu? Widziałam go wtedy na imprezie.... nie pomyliłam się. On tam był. On to zrobił.  To jego sprawka. Patryk miał rację... naraziłam się. I jeszcze ten artykuł... Jezu Florian! Biegnę do bloku, a potem po schodach mało co nie potykając się. Florian, Florian, Florian! Otwieram drzwi które z hukiem uderzają o ścianę. Wbiegam do pokoju. Nie. Ma. Go! Boże.... co ja narobiłam.
-Florian!- krzyczę. Błagam gdzie jesteś...?!
-Wyszedł na chwilę. Zaraz wróci. Poszedł po gazetę. Tak poza to cześć Pati- Jakub... Jakub jak ja się cieszę, że cię wiedzę. Jak ja się cieszę... jak ja się cieszę!
-Jezu Kuba jak ja się cieszę, że wpadłeś!- krzyczę i rzucam się mu na szyję. Zawsze tak robię. Ta zawsze...
-Czemu tak wpadłaś?- pyta jakby nic się nie stało. Siadamy na kanapę. Mam z nią sporo dobrych wspomnień. Chyba drzwi nie zamknęłam ale to tam już walić.
- A nie wiem tak jakoś- kłamię. Dobrze wiem czemu tak zrobiłam. Bardzo dobrze.
-  Kuba, a na ile wpadłeś?
- Tylko z wizytą. Tak zobaczyć co się u was dzieje- mówi zadowolony. Słyszę stuk zamykanych drzwi. Florian przyszedł. Uff.
-Florian!- krzyczę i zrywam się z kanapy tuląc go namiętnie. Mam gdzieś gazetę którą trzyma. Wyczuwam, że nie  ma humoru.  Ani trochę.  Puszczam go i idę usiąść na kanapę.
-Co to za gówno?- pyta widocznie podirytowany. Rzuca gazetę na stół i siada obok nas.
-Też to czytałam. Śmieszne. Weź się tym nie przejmuj. Brukowce muszą znajdować jakieś ploteczki. To normalne. Pamiętasz ostatnio było, że Remik wyłudza pieniądze. Albo Dezy kupuje widzów. To wszystko bujdy na resorach. A ty jeszcze tak się przejmujesz. Florke ogarnij się.
-Wiecie co ja już muszę się zbierać. Trzymajcie się!-  Kuba wychodzi, a my zostajemy sami. Wstaję z kanapy.
- Naprawdę nie podoba ci się to, że jesteśmy razem?- pytam cicho przytłoczonym głosem.
- Nie oczywiście, że podoba, ale nie chcę aby inni wiedzieli. Wiesz dobrze co by było.
- No wiem...- podchodzę do niego i siadam okrakiem. Patrzę w te piękne oczy.
- Na co masz ochotę?- pyta. Jezu jak ja lubię jego oczy. Są takie piękne.
- Na ciebie. Wielką i nieokiełzaną- całuję go namiętnie. Powoli ściągam jego koszulę w jakiej dziś był. Czarna.... Ale pasująca do spodni. Dalej go całuję nie odrywając ust. Jesteśmy jednym ciałem. Jedno jedyne w tej chwili. Będę miała jeszcze więcej dobrych wspomnień z tą kanapą. Ściąga ze mnie koszulkę i mnie odsuwa.
- Ja pierdolę co to jest?- pyta zdziwiony. Lekko przejeżdża palcem po bandażu. Zjeżdża aż do podbrzusza. Odchylam głowę z mieszanki lekkiego bólu podniecenia i rozczarowania, że nie zjechał jeszcze niżej.  Sadza mnie na kanapę i wstaje.
- Nie zrobię tego. Wygląda to koszmarnie. Co się ci stało?- pyta chodząc w tą i z powrotem.
- To nic poważnego. Naprawdę. To nie boli...-kłamię. Przy co niektórych gwałtownych ruchach boli jak nie wiem co.
- Proszę Florke... – wstaję i podchodzę do niego. Całuję go lekko i wiem, że mi się już podda. Schodzę powoli na kolana. Odpinam pasek i rozpinam rozporek. Ładne czarne bokserki. Czy świat zawsze jest taki czarny jak ja?
- Patrycja nie rób tego- mówi ale ja go nie słucham. Ściągam wszystko naraz . Moim oczom ukazuje się coś co mnie zwala teoretycznie z nóg. Jak byliśmy mniejsi to się podglądało dla beki, ale nie wiedziałam, że z tego „dla beki” wyrośnie taki potwór. Ale nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. Niby rozmiar nie ma znaczenia... ale i tak każdy wie, że większe ładniejsze. I tak większego miał Nieśmiertelny... więc i z tym sobie poradzę.  Liże go po całej długości. Oby to rozluźniło Florka. Może to mu pomoże? Nie chcę aby chodził taki zły.  Biorę go do ust i zaczynam ssać. Z tym nawet w szkole nie miałam problemów.  To dla mnie nie było trudne. Zero dławienia. Nawet z wibratorami.  Szybkie ruchy od razu doprowadzają Florka do głośnego i obfitego spełniania... Musimy nad tym jeszcze popracować. Wstaję z kolan i siadam na kanapę. Ej no trochę się zdyszałam.
- Na pewno nie chcesz?- pytam moim zmysłowym głosem. Po tym powinien się zgodzić. Chwila namysłu. Nie mówcie, że mi odmówi...
- Ale chcę wiedzieć, że cię to nie boli.
- Dobrze.


Ale wy myśleliście, że ja was zostawię z samym tytułem?  To się mylicie.  Poniżej znajduje się link do piosenki z jaką mieliście dziś doczynienia. Bo ja nie chcę żebyście trafili na coś innego.
Tu :www.youtube.com/watch?v=olx6F6b-yMk 
Jeśli ten post nagle pojawi się z datą nie pasującą do historii to oznacza, że go porostu usunęłam i jeszcze raz wstawiłem.

piątek, 26 grudnia 2014

Jak zawsze zapominam... Rozdział 7

I oto powracam z dawką nowych słów i przecinków, kropek, i etykiety. Jej! Tak wiem już po świętach ale najlepszego! Tak... jak zawsze spóźniona. Nic no nie poradzę, że leniuszek jestem. Ale o was nie zapomniałam. Żyję jakby ktoś pytał. (I tak nikt nie zapyta bo po co) no więc wesołych po świąt! I sylwestra.
A i zapomniałam bym. Dla osób które chciały aby główne opowiadanie było w trzecioosobowej narracji.. Rozczaruję was, ale nie umiem. No nie umiem już pisać jak kiedyś. Dziwię się, że takie  coś napisałam. Naprawdę. Ale bez przeciągania zapraszam do czytania. A paczcie jak się zrymowało xD :*

Wychodzą. Poszli... Idę do łazienki. Biorę piankę do golenia i nakładam ją na skórę. Golę się i spłukuję pozostałości pianki. Jak on mogła? Idę do kuchni odsuwam krzesło i siadam. Mam ochotę na jabłko. Kwaśne jabłko... na całym ciele. Jak ona mogła? Zbyt dużo.... Za bardzo się naraża.... I nie tylko ona. Naraża nas wszystkich. To wczoraj było czystą głupotą. Jak ona mogła? Nie dość, że siebie wystawia to i jeszcze Floriana. Nie myśli... ona nie myśli... mogło jej się coś stać. Wie, że nadal nam nie odpuszczają.. Nadal nas szukają. Tropią nas. Czuję ich już z tond. Czy ona o tym wie? Czego nie rozumie... czemu nie rozumie... Uważa, że nie ma co się złościć... Jak ona mogła? Wie... wie co robi? Prawda? A próby uświadomienia jej tego co dla niej dobre zawsze kończą się fiaskiem. Moje przemyślenia przerywa mi pukanie do drzwi. Ha i niby już wrócili... nie sądzę.
-I kogo tam niesie?- mówię do siebie pod nosem. Zostawiła mnie i do tego zabrała Jeremiego. Szczyt wszystkiego no po prostu szczyt! Otwieram drzwi i ku mojemu zaskoczeniu stoi tam ktoś kogo znam... dobrze znam.
-Patryk- mówi powitalnie. Nie wierzę. To jednak on.
-Wyczułeś to?- pytam. Też to czułem... złe, złe przeczucia.
-Wejdź proszę- zapraszam go do środka. Kacper...jak? Przecież...nie...  Wędrujemy w stronę kuchni bez jakiegokolwiek słowa.
-Tak...- odpowiada na wcześniej zadane pytanie.
-I dlatego przyleciałeś?
-Tak Patryku. Miała jakieś złe oznaki? Coś co wydawało się dziwne?- (* wiedzmy, że to jest jeszcze przed całym zdarzeniem na imprezie, więc tu zebrani nie mają pojęcia o tym co jeszcze się stanie*) dziwne pytanie..
- Chyba nie miała. Znaczy ja nic nie zaobserwowałem- a to wczoraj to chyba oznaką nie było... tak podejrzewam.
-A co się takiego wczoraj stało?- ach no tak zapomniałem, że mam do czynienia z dzieckiem mocy. Tak... zawsze muszę o tym zapomnieć.
-A Patrycja wyszła o dziewiętnastej i wróciła o wpół do drugiej. Czy ona ma wogólę pojęcia co mogła narobić?
-Patryk posłuchaj. Wiem dobrze, że nadal jesteście na czarnej liście Nieśmiertelnego, ale to nie powód żebyś się z nią awanturował- przechylam głowę. Ejjj jak ty to? Ja nikomu nie mówiłem.
- Plotki szybko się roznoszą...- mówi. I podejrzenia padają od razu na Patrycje. Marszczę brwi. Nie no jak przyjdzie to chyba zabiję. Trzymajcie mnie po prostu... no nie wytrzymam z tą kobietą.
-Jak się czujesz?- pytam. Może to odwróci jego uwagę i bez pytań się obejdzie.
-Nie przyleciałem tu abyś pytał o moje zdrowie- mówi oschle. Nie dosyć, że mam do czynienia z kobietą wkurzycielem to i on mnie zaczyna wkurzać. Jak śmie się tak do mnie odzywać?! Nie ma prawa mówić do mnie takim tonem... nie, nie to znaczy...ja nie chciałem. Och jeszcze się nie nauczyłem. Muszę jeszcze popracować nad sobą. Wiem... umiem wybuchnąć, ale no żeby aż z takim wielkim wyjazdem to... dobra nie ważne.
-Czego chcesz jeszcze wiedzieć?- pytam widocznie podirytowany.
-Czy ona miała styczność z ... Ma stosunki z jakimś chłopakiem.. wiesz Pan i kumd...- przerywa zdanie. O nie też moja podświadomość zaczęła krzyczeć. Coś się święci. Wiedziałem... wiedziałem! Złe przeczucia nigdy mnie nie zawodzą.
-Jedziemy!- krzyczę zrywając się z krzesła. Nie czekam na niego. Biegnę do przedpokoju ubieram buty i rzucam mu płaszcz. Sam też go ubieram. Kacper wychodzi, a ja za nim i zamyka dom przy tym otwierając garaż. Wsiadamy do samochodu i wyjeżdżamy pospiesznie.

Stadion jest pełny ludzi. Nie ma jak przejść wręcz. Wyczuwam ją za kulisami. Biegnę tam lecz jeden z ochroniarzy mnie zatrzymuje.
- Patryk Mej z towarzyszem- warczę patrząc mu prosto w oczy. Świdruję go wzrokiem wypalając dziurę. Odsuwa się od wejścia przepuszczając nas obu. Widać, że speszony. Przed drzwiami stoi Jeremi. Odsuwam go płynnym ruchem przez co uderza w ścianę, a ja robię sobie przejście. Podbiegam do niej i zastygam.
- Maja wyprowadź Floriana-mówię jej lecz oboje ani drgną- Wyprowadź go natychmiast!- krzyczę, a ona momentalnie go łapie.
- A i jeszcze przesłuchaj go. Potem zdasz mi relacje. Weź też powiedz Remigiuszowi aby jak najszybciej wyprowadził wszystkich i przełożył imprezę na jutro. Już!- znów mój ton nie jest za miły.
-Puls wyczuwalny. Możliwe, że zemdlała. Spróbujmy się podłączyć do jej umysłu. Może znajdziemy coś co nas naprowadzi- mówi Kacper. Jeremi staje w progu. Pewnie jest na mnie zły, że go tak wypchnąłem, ale to później będę myślał. Teraz go potrzebuje. Macham ręką nawet się nie odwracając w jego stronę. Podchodzi mozolnie. Wiem, że jest przestraszony całą tą sytuacją.
-Posłuchaj mnie uważnie... masz okrakiem usiąść na Patrycji ręce położyć na skroniach. Rozumiesz?- pytam zimnym tonem. Niech wie, że jest to poważna sprawa. A on stoi wryty próbując wydukać jakieś słowo.
-Rozumiesz?!- krzyczę wręcz na niego. Posłusznie i szybko spełnia moje polecenie. No nareszcie. Kładę rękę na jego ramieniu, a Kacper ze mną. Zamykam oczy i przedzieram się przez czarną kulę czerni....pustkę. Lecz coś mnie nie chce wpuścić. Co jest do cholery? Jeszcze raz próbuję się dostać lecz coś mnie odpycha. Otwieram oczy. Jeremi zostaje zrzucony. Patrycja zaczyna poruszać klatką i biodrami. Wygląda jakby chciała uciec, ale była przypięta kajdankami... jak na stole...o kurwa.
-Masz te swoje oznaki...-mówię przerażony. W pewnym momencie wygląda jakby dostała czymś mocno w brzuch... i to nie jednokrotnie. Po chwili miotanie ustaje. SZATAN?!  Otwiera oczy, a źrenice powiększają się i od razu zmniejszają pod wpływem lampy przy której jesteśmy. 
-Em co jest grane?- pyta jakby nigdy nic. Ona jest nie do wytrzymania. Podnoszę ją i przytulam mocno. Jezu jak ja się cieszę.
-Grane jest to, że żyjesz-mówię z pełnym uśmiechem. Na jej twarzy pojawia się grymas. Łapie się za brzuch i wiem czym to jest spowodowane. Opuszcza się powoli na podłogę. Podnoszę jej koszulkę. Oczy otwieram z niedowierzania. Brzuch ma w świeżych siniakach i z krwawiącymi ranami. Wiem co to było... to na bank pejcz. Mruży oczy kiedy patrzy na Kacpra. Pewnie w to nie wierzy. Patrzę na niego i bez słów się dogadujemy. Trzeba  ją zawieść do szpitala. Tam mają ją przebadać. Najlepiej będzie jak pojedzie do mojego. Wiem, że jest tam dobra opieka. Kacper wstaje i podnosi ją bez dotyku używając swych zdolności... Alicja... stare czasy.
Wychodzi mając ją na rękach. Maja wchodzi z opuszczoną głową. Wyprostowuje się kiedy widzi moją minę. Zimna i poważna...i tak ma właśnie być.
-No?- mówię aby coś powiedziała. Kobiety... nigdy ich nie zrozumiem.
-Kiedy wróciła z występu zaczęłyśmy rozmawiać i...i w pewnym momencie popłakała się. Poszłam po jakiś papier do nosa, bo była cała mokra. Wiem tylko, że potem kiedy się odwróciła Florian ją tulił- kończy. Niech ja się tylko dowiem, że to ten skurwysyn jej to zrobił to... że  to jego wina, to co się działo chwilę temu...powieszę za jaja zgwałcę i zabiję. Przysięgam.
-I tylko tyle?!- krzyczę wnerwiony. Nie no zaraz przefarbuję ją na fioletowo.
-Nie to było jak ja widziałam bo... bo Florian potem ją tulił i ona płakała, i... i potem powiedziała cicho „Nie panie” czy jakoś tak i upadła na kolana, a potem  spadła na ziemie z hukiem. I... i on ją tak położył ,ale nie wiedział co ma zrobić. Kiedy wróciłam z ręcznikami to ona już leżała tak jak leżała przed chwilą...
-I czemu mnie nikt nie powiadomił?!
-Bo...bo my myśleliśmy, że...no ten... no wiesz... jesteś zajęty czy coś- duka. Nie... to się nie mogło stać. Wychodzę bez żadnego „dzięki” albo „do widzenia”. Nie mam nawet na takie słowa ochoty.


Na szczęście Patrycja zostaje wypuszczona jeszcze dziś. I dobrze. Słyszę otwierane drzwi. Zrywam się przewracając krzesło i wybiegam z kuchni. Rozbiera się jakby nigdy nic. Jakby tego nie słyszała. Jakby mnie ignorowała. Staję w ramie otwartych drzwi kuchennych. Na co ona się niby obraziła? Bo właśnie na taką wygląda. Może jeszcze mnie nie zauważy co... A jednak... przechodzi obok mnie i siada na krzesło odwrócone w moja stronę.
-No zaczynaj... no dawaj. Naprawdę nie mam ochoty słuchać twoich prelekcji o zachowaniu. Czuje się wtedy jak na smyczy. I co się tak gapisz?!- no dobra mój wzrok jest trochę nachalny... ale mnie wkurza. Tak kobieta to kreatura. Monstrum!
-A wiesz czemu tak robię? Bo zachowujesz się jak dziecko. Jesteś nieodpowiedzialna... I widzisz co ze sobą zrobiłaś? Widzisz! I to wszystko przez to twoje narażanie się. Jak dziecko!
-Nie jesteś lepszy. Cały czas mnie pilnujesz i ograniczasz na każdym kroku! Nie mogę nic zrobić bez twojej wiedzy! Nic! Zawsze jak potem wracam to musi być przesłuchanie dwu godzinne, bo inaczej wielce pan ma focha! Zawsze tańczę jak mi zagrasz, ale też mam swoje zakichane życie... i ci nic do niego!
-Jak śmiesz tak mówić?!- nie to teraz wypaliła. Trzymajcie mnie bogowie, bo jak podejdę to zaboli. To coś nie ma żadnych zdolności opanowania. Żadnych! - To nie już twoje życie... to nasze życie. Oboje mamy na ogonie tego skurwiela, a ty się jeszcze tak wystawiasz na wojnę. Chcesz tego?! Chcesz naprawdę znów tam trafić?! Gdybyśmy stamtąd nie uciekli nadal dręczyli by nas. A ty musisz sobie pójść i posiedzieć u przyjaciela, bo po co powiedzieć coś, że się żyje.. po co przecież to i tak nie ważne... Nie trzeba każdemu zrobić na złość... No przecież trzeba, bo jakby inaczej.  Jesteś nie do zniesienia...- no i to jest dopiero kłótnia. Przez te krzyki nic nie usłyszałem, że Jeremi jest już w domu. No i proszę. Do czego ta kobieta mnie doprowadza?...  Ale no możliwe, że przesadzam. Może jednak jej odpuszczę.
- Wiesz no... Oboje zachowujemy się głupio. Może jakiś układ? Co powiesz na to: jeden telefon pod koniec spotkania czy czegoś w zamian za bezwzględną swobodę. Co ty na to?
-Dobra. Ale to ja dzwonię.
-Zgoda- podajemy sobie dłonie. „Ja pieprzę i tak nie zadzwonię.  No chyba sobie żartuje. Ha ja i dzwonienie. Ja to nawet telefonów nie odbieram... chyba, że już mam w dłoni telefon to i może odbiorę. Ale nie będę do niego dzwoniła. Ani mi się śni.” Wstaje z krzesła, a ja jej podstawiam nóżkę. Wywala się w spektakularnym stylu. Po prostu śmiech na sali. Nawet Jeremi stojący obok kuchenki się śmieje. Patrzy na mnie z wyrzutem. Haha nie mogę powstrzymać uśmiechu, ale zaraz poważnieję.
-Jeszcze jedna taka myśl i cię rzucę na podłogę. No ci mówię...- i ona się uśmiecha. Naprawdę jest dziwna... kto ją tak wychował? Śmieszek jeden zawsze musi wyjść z takim uśmiechem. Ciekawe.
-I co? Ja zrobię to lepiej. Chyba lepiej rzucam.
-Ta pomarzyć sobie możesz. Dobra idź już sobie, bo mnie wkurzasz- mówię z uśmiechem na twarzy. No dłużej już nie mogłem. Ona jest tak empatyczną kobietą, że nie dało się. Potwór uśmiechu. Posłusznie wstaje z podłogi i odchodzi. Klepię w kolana widząc mordkę mojego kociaka. Chyba rzygnę tęczą na jego widok. Te krótkie kasztanowe włosięta przyprawiają mnie o zawał. Bogu dzięki za tego o tu. Rozsiada się na moich udach stroną do mnie, a ja się jeszcze bardziej  uśmiecham. Mój kotek.
-Czy zawsze musisz się tak na mnie gapić?- mówi z sztucznym wyrzutem. 
-A co nie wolno?- unoszę jedną brew. Chwytam go za pośladki a ten podskakuje. Mój uśmiech  jeszcze bardziej rozszerza się pokazując ząbki. Przybliżam go tak iż czuję go na sobie...sobie sobie tym wyjściowym sobie... A może wejściowym. Zależy kiedy i gdzie.  Dodać można i z kim... Przeszłościowo. Wlepiam się w jego wilgotne usta. Spodziewał się, że to zrobię. Szybko się uczy. Otwiera usta, a ja wbijam się. Nasze języki zaczynają szybką sambę. Ręką podnoszę jego koszulkę. Pomaga mi ją ściągnąć. Te perfekcyjnie urzeźbione ciało przyprawia mnie o konwulsje. Dosłownie.  Drgam, drżę i twardnieję na sam jego widok.  Jest tak piękny, że można by dawać go brzydkim.  Oczywiście do upiększenia. Ale i tak tego nie zrobię. Nie-e on jest mój i tylko mój.. Moje ręce zatracone w myślach błądzą po torsie szukając czegoś.  Nie odrywam się od jego ust nawet na zaczerpnięcie oddechu. Nie wiem co robię. Nawyk. Tracę kontrolę nad myślami i wszystkim. Nic. Pustka. Jednak odrywam się od jego ust i zabieram go do sypialni i kładę na łóżko. Sam siadam na niego.
-Kotek- mruczę. Obejmuję go w pasie i przyciągam do siebie tak, że moja głowa jest przy jego szyji.
-Nie zrobisz tego prawda?
-A co jak zrobię?
-Nie wiem- mówi trochę przerażony. Leżę jego szyję zaczynając swoją wędrówkę. Zjeżdżam niżej do jego sutków. Jedną ręką zataczam koła drażniąc jego skórę powodując drgania. Czuję jak się trzęsie. Drógiego biorę w usta i zaczynam ssać. Jeremi jęczy lecz tłumi to. Zaciskam twardego sutka, a o jeszcze głośniej jęczy. Po nie długich torturach schodzę jeszcze niżej. Oboje oddychamy ciężko. Rozpinam pasek i już mam zabrać się do rozporka lecz coś każe mi przerwać. Wiem tylko jedno...
Kocham go.

piątek, 12 grudnia 2014

Rozdział 6.75

Tak wiem. Dwa dni temu był rozdział ale no tak jakoś. No więc macie rozdziałek.
Fabuła niech zostanie tajemnicą (może być trochę psychicznie dziś)
Powodzenia.


Wchodzę na stadion. Jest gigantyczny. Po prosty WOW. Już z tond dostrzegam Remka i Michała gadającego razem.
-Remek!- krzyczę w połowie drogi jaką mam do przebiegnięcia. Ten odwraca głowę w moją stronę i szeroko się uśmiecha. Wpadam w niedźwiedzi uścisk i podnoszę go jak siłacze worki z kartoflami. Śmieje się, a ja razem z nim. Znam dobrze ten śmiech z przedszkola. Szkoda,że jego rodzice musieli się przeprowadzić. I już go więcej nie widywałam. Jedyny kontakt to odcinki.
A teraz razem się tulimy. Przyjaciel z przyjaciółką. Ale i o Michale nie mogę zapomnieć. Kiedy Jeremi dochodzi do nas, ja odrywam się od Remka i przytulam troszkę lżej Michała.
-Patrycjo- mówi powitalnie Remigiusz. Wybucham śmiechem. To takie... oficjalne.
-Przedstawiam wam Jeremiego. Mojego brata...kolega-posyłam przepraszające spojrzenie młodemu po czy zwracam się do niego.-To jest Remigiusz oraz Michał. Moje stare przedszkolaki z branży- młody wymienia uściski z moimi kolegami, a ja się uśmiecham. Kiedy już kończą rozglądam się po stadionie. Widzę sporo helperów, towarzyszy YouTuberów oraz oczywiście gwiazdy YT. Wszystko jest już gotowe. Przed stadionem pewnie jest już sporo osób. Czas się zabawić.
-Dobra zaczynajmy to!- krzyczę a wszyscy tu zebrani zaczynają wiwatować ,oklaskiwać i śmiać się głośno.

Minuta i wchodzę na scenę. Cała się trzęsę. Jednak nagrywanie jest łatwiejsze. Przeżyjesz to Patiś. Wyglądam zza kulis. O kuźwa ile ludzi. Jest ich jakieś... sto tysięcy! Poprawiam mikrofon który mam doczepiony do policzka. Widzowie zaczynają odliczać. 10... 9... 8... 7... 6... 5... 4... 3... 2... 1... i wybiegam na scenę.
-Brum, brum wszystkim! Krzyczymy! Chcę wszystkich słyszeć!- tłum krzyczy. Eeeee... mogłabym się przyzwyczaić. Jest nawet fajnie. Taki tłum... masakra.
- Głośniej!- krzyczę, a głos okrzyków jest jeszcze bardziej donośny.
-No nie słyszę!- i jeszcze głośniej tłum krzyczy. Tyle decybeli to ja chyba nie słyszałam w całym moim życiu. Kiedy widownia ucicha na scenę wbiega Remik z Michałem. Zaczyna się przemowa jak my jesteśmy szczęśliwi, że jest ich tyle. O tym, że sklep z oryginalnymi koszulkami właśnie został otwarty oraz o innych bzdetach nie ważnych dla ludzi... ważnych dla fanów. A potem mowa o grafiku występów i o tym gdzie można spotkać „Gwiazdy”. I wszyscy schodzimy ze sceny.
-Wyszło genialnie!- mówi Remik kiedy jesteśmy za sceną.
-Wiem- odpowiadam. Mogło wyjść gorzej. Dobra muszę iść się przebrać. Jeszcze piętnaście minut i mam występ. Wiem, że wiele osób zostało na miejscach. Będę miała sporą widownię. Plus i minus. A i tak jeśli coś sknocę to nikt nie zauważy. Mam sporo solówek. Muszę za to podziękować Anecie. Za kulisami jest już moja grupa. To właśnie z nimi będę tańczyła.
-Siemanko!- witam się. Trzeba przecież być miłym dla swojej paczuszki. A one jak zawsze pochłonięte rozmową.
-Siemano!- powtarzam ciut głośniej. Wszystkie głowy zwracają się w moją stronę. No chodź trochę uwagi.
-Dziewczyny-zaczynam- przed nami spory występ. Chcę abyście dały z siebie 220%.Mamy dużą widownię, więc proszę o energie, szybkość, a co z tym idzie dokładność. Mam wielką nadzieję, że wszystkie rozgrzane...genialnie, a teraz won za scenę- wszystkie podekscytowane wybiegają z kulisów. Przebieram się szybciutko i rozgrzewam. Wiem co mnie czeka... no, ale nie raz przecież tańczyłam na scenie. Wygraliśmy dwa razy z rzędu mistrzostwa Polski w tańcu. Nasza formacja nieźle sobie radziła. Wygrałam też swoją solówką. Pamiętam było to trudne. Lecz nie diabeł takie straszny jak go malują. Był to występ przed sporą widownią, lecz nie aż sto tysięcy. I kiedy przychodzi odpowiedni moment z całą grupą wbiegam energicznie na scenę. Mamy utworzone jakieś 3 minuty choreografii. Hip-Hop Street Dance oraz Dance Hall. Każdej po minutę. Sporo pracowaliśmy aby opracować i wyczyścić całość choreografii. Stajemy na scenie. Na widowni zapada cisza. No może parę osób coś szepcze, ale z takiej odległości to nie usłyszę. Muzyka się jeszcze nie włącza. Chyba za szybko wbiegliśmy. Więc  stoimy i czekamy  a czas się wydłuża...i ciągnie długo...długo. Słuch mi się wyostrza. Przepatruję widownię. W pewnym momencie  natrafiam na znajomą twarz. Nie...Nieśmiertelny. Mrugam kilkukrotnie. W słuchawce słyszę, że są problemy ze sprzętem. Stoimy w perfekcyjnie ustawionym trójkącie bez podstawy. Odwracam głowę w stronę Mai. Ona też to słyszała. Wszystkie to słyszałyśmy. Rozbiegamy się po scenie w skocznymi ruchach. Wiedziałam, że mikrofon się przyda.
-Jak się macie? Dużo czekania co?- próbuje zabawić jakoś widownię.
-Dobra pobawimy się. Kto z górnej Polski łapa w górę!- sporo osób podnosi ręce.
- Dobra a kto ze środeczka?- pyta Maja. Nie wiedziałam, że ona też ma mikrofon. Mniejsza ilość osób podnosi ręce.
-Okej... to tubylce. Kto z dołu łapy widzę!- krzyczę tak pozytywnie, że nie umiem się nie uśmiechnąć. Chodź i tak to robiłam...  Znaczna większość podnosi w górę swoje kończyny. Mam czas aby rozejrzeć się po widowni. Nie widzę go. Znikną. Pewnie mi się przewidziało. Zwidy. W pewnym momencie moich rozmyślań przerywa głos w słuchawce „Wszystko działa. Na miejsca dziewczyny”. Wracamy na swoje miejsca.
A kiedy już jesteśmy po układzie widownia oklaskuje nas głośnymi brawami. Kłaniamy się po czym schodzimy ze sceny. Cała grupa wędruje za kulisy. Tam śmiejemy się i mówimy jak był fajnie, i jakie miałyśmy odczucia. Kiedy rozmowa osiąga punk kulminacyjny wszystkie wybuchamy śmiechem. Nagle Maja podchodzi do mnie i prowadzi w kąt. 
-Kiedy ślub?- pyta z uśmiechem na twarzy. Ona wie?! To jest niemożliwe. Tylko wczoraj u niego byłam. Wymyśl coś...Wymyśl!
-Nie planuję- mówię trochę speszona.
-Ej no przecież ja żartowałam. Dziwie się jednak, że tak piękna, a nikt nie chce się umówić- uśmiecham się przebiegle. Och Majka żebyś tylko wiedziała... Maja jest ciemną blondynką z włosami w małe loczki. Wysoka, ale nie wyższa ode mnie. I to właśnie lubię. Tą kontrolę wysokości. Nagle przypomina mi się jak opowiadała mi o swoim byłym... Jaj Pan był jednym z najbardziej cenionych sobie wśród Kumdli. Tylko, że ona wtedy była już zaawansowaną Suką i już nic jej nie mógł wpoić. Więc odeszła. Przypominam sobie czasy kiedy i ja byłam pod niewolą. Florian nie widział. Nie mówiłam mu nic. Bałam się. Szkoła Niewolników. Na samo wspomnienie mam ciarki na plecach. Ojciec nas nie pilnował. Oboje tam trafiliśmy. Gdybym nie powiedziała, że mam brata... Patryk miał gorzej. Trafił do lochów już na pierwszej lekcji. Byli dla niego ostrzy, tak jak dla mnie skurwiele jebane! Jeden... jeden raz wyszłam z pokoju bez krwi na nadgarstkach, kolanach, plecach, brzuchu, udach czy łydkach. Maja miała lżej... o wiele. Zamykam oczy z bólu. Widzę Kacpra... biedak tak samo cierpiał. Też był Inny. Odkryli go już w pierwszej klasie i molestowali nieustannie. Raz kiedy nasi opiekunowie spotkali się na przerwie miałam czas aby go poznać. Był taki jak ja, ale starszy o rok. Z większym doświadczeniem. Potajemnie wymykał się w nocy aby mnie uczyć panować na sobą oraz nasionkiem siły i mocy jaki wtedy w sobie posiadałam. Wyczuł mnie. Czytał w myślach kiedy nie umiałam się wysłowić i pomagał mojej psychice zachować „swojość”. Kiedy wszyscy mnie uczuli być Uległą on uczył mnie panowania na nim. Panowania nad mocą, popytem, zachciankami i rozkoszą jakiej brakowało... wolności. Był pocieszeniem... tak jak Florek. Majka była przyjaciółką do zwierzeń, ale on... on mi pomagał. Gdyby nie on, nie nauczyła bym się niczego. Oblewała bym każdy sprawdzian. Teoretyczny i praktyczny. Pomagał mi w tym i tym... bardzo. Pamiętam pierwszą lekcję lewitacji. On miał już większość opanowane. Usiadł po turecku i jakby nigdy nic podniósł się z ziemi. Lewitował. To było ciężkie. Żeby osiągnąć  całą siłę po czym oderwać się od ziemi trzeba było mieć czyste myśli. Nie myśleć.... a to nie było łatwe. Bałam się ponieważ miałam sprawdzian semestralny z posłuszeństwa. I przez przypadek o tym pomyślałam. Od razu upadłam na ziemię. On także jak dowiedział się. Spojrzał przestraszonym i współczującym spojrzeniem. Pamiętam jak zaczęłam szlochać. To było ciężkie dla mojego umysłu. Płakałam głośno, a on próbował mnie jakoś pocieszać. Nie umiałam. Nie umiałam się uspokoić. Nie... Najgorsze były lekcje z dyrektorem. Mówiliśmy na niego Nieśmiertelny. Zawsze nosił czerwone soczewki... ciekawe czemu. Każdy kto trafił do niego na „dywanik” nie wychodził przytomny. A mi przypadały właśnie z nim lekcje posłuszeństwa oraz rozciąganie. Lekcje posłuszeństwa zawsze odbywały się w jednym z lochów. To były tortury...  Musiałam zrywać się z gimnazjum... znaczy to nie ja chciałam. Opiekun miał mnie doprowadzić na lekcje punktualnie inaczej i ja, i on mieliśmy swoistą karę. Z czwórkowej uczennicy zrobiła się jedynkowa. Ojciec pijak i ćpun  nawet nie widział co się z nami dzieje. Czemu mamusia musiał umrzeć kiedy miałam 3 lata...? Była taka uśmiechnięta radosna i wyrozumiała. I przez te wspomnienia które tak nagle się pojawiły płaczę w Mai ramię. Za kulisami ucichło. Nikogo nie ma. Otwieram oczy i rozglądam się. Stoi tylko Florek. Majka mnie puszcza i idzie po papier do toalety zaś Florek bierze mnie w ramiona. Nie umiem się teraz na niego spojrzeć....Jedyne co zawdzięczam temu sukinsynowi to, to że do dziś umiem zrobić szpagat w przód i bok. To chyba miało jakąś nazwę, ale nie pamiętam już przez to wszystko. Przypomina mi się zaś coś innego. Lekcje z Christianem. Christian był moim Panem opiekunem. Coś w stylu prywatnym wychowawcy. Oczywiście miałam jeszcze wychowawcę klasowego oraz wszystko klasowego czyli na tamtą chwilę pierwszo klasowego. W wieku 15 lat, to była gdzieś połowa drugiej klasy gimnazjum, porwali mnie. Teoretycznie powinnam trafić do drugiej klasy, ale gdy mnie Nieśmiertelny zobaczył powiedział, że chce mnie na dłużej. A z tej szkoły nie wychodziło się po ukończeniu klas trzecich jak w gimnazjum. Każdy nauczyciel musiał wyrazić zgodę na uwolnienie i nawet niezgoda jednego z nich prowadziła do powtarzania roku. I tak w kółko. Z moim wychowawcą miałam lekcje kontroli. Uczył mnie posłuszeństwa oraz kontroli nad sobą. Coś w stylu Kacpra tylko, że on uczył mnie z pejczem lub szpicrutom. Cały Christian. Bez niego nie mogłam się nigdzie ruszyć chyba, że po szkole i na posiadłości szkolnej. Każdego dnia miałam lekcje kontroli. Chcieli bym uległa im. Bycie Kumdlem do tresury to coś trudnego. Samo opanowanie się aby nie mówić słów na głos było męczarnią. Dobrze, że nie umieli czytać w myślach. Wtedy to do dziś bym tam siedziała. Zawdzięczam sporo Kacprowi. Smuci mnie jednak to, że po szkole zabrali go w dalszą niewolą. Biedak pewnie nadal usługuje jakiemuś Panu. Po tym wszystkim zostałam ulepiona z innej plasteliny. I do dziś ciekawi mnie czy Patryk też miał lekcje rozciągania. Jak tam byliśmy to nie mogliśmy ze sobą rozmawiać.  Pewnie nie miał. Tyle wspomnień... Nawet teraz kiedy opadam z sił przez tan płacz trzymając się ledwo Florka próbuję się opanować. Eh jak zwykle nie wychodzi. O 24.00 zaczynaliśmy zajęcia z Kacprem. Najpierw szkoła niewolnicza potem nauka obchodzenia się z mocą i siłą jaka we mnie wtedy siedziała. Nauka na semestralny z zaspokojenia pana była okropna, bo trzeba było ją zdawać u każdego z nauczycieli. Ja to jeszcze sobie jakoś radziłam, ale Patryk... on nie umiał znieść tego, że jest zniewolony. Więc nauczyli go jak być Panem. I dlatego zabrałam dziś Jeremiego. Bałam się, że może mu zrobić krzywdę. Jeśli chodzi o sprawdziany to jakoś dawałam radę. Było to pojebane, ale i teoretykę, i praktykę zdawałam. Trzeba było znać nauczyciela. Jeśli się go znało to się wiedziało czego chce. Lecz dyrektor. On był inny. U niego było... trudno. Cierpiałam, a on się z tego cieszył. Przypominam sobie pierwszą lekcje posłuszeństwa kiedy przyczepiono mnie do stołu i torturowano... rozgrzanym metalem. Czuję jak coś na biodrze mnie wypala... jak wtedy rozgrzanym do czerwoności żelazem. Ból czuję okropny. Opadam na kolana, a z moich ust wydobywa się tylko ciche:
-Nie Panie... 


Co każdy rozdział mam więcej słów xD